To zdanie Jezusa jest bardzo proste, ale też wymagające: „Kto ma przykazania moje i je zachowuje, ten Mnie miłuje”. Nie mówi: kto zna. Nie mówi: kto potrafi o nich pięknie mówić. Nie mówi: kto się nimi zachwyca. Mówi: kto je zachowuje. Czyli miłość do Boga nie zaczyna się w słowach. Ona zaczyna się w decyzjach. W konkretnych sytuacjach dnia. Bo łatwo powiedzieć: „kocham”. Trudniej przebaczyć. Łatwo powiedzieć: „wierzę”. Trudniej być uczciwym, kiedy nikt nie widzi. I Jezus mówi jasno: właśnie tam rozstrzyga się miłość. Ale to nie jest groźba. To jest obietnica. „Kto Mnie miłuje… Ja będę go miłował i objawię mu siebie”. Czyli: jeśli wejdziesz w tę drogę, nie zostaniesz sam. Zaczniesz Go doświadczać. Nie teorią, tylko życiem.
Pewien chłopiec dostał od dziadka małe pudełko. W środku był zegarek. Dziadek powiedział: – To nie jest zwykły zegarek. On działa tylko wtedy, kiedy go nosisz. Chłopiec się zdziwił. Wziął zegarek, położył go na półce i codziennie na niego patrzył. Ale wskazówki stały w miejscu. Po kilku dniach przyszedł zdenerwowany: – Dziadku, on nie działa! Dziadek uśmiechnął się i powiedział: – Bo go tylko oglądasz. Załóż go. Chłopiec założył zegarek na rękę. Po chwili wskazówki ruszyły. Zaczął go nosić codziennie. Z czasem zauważył coś więcej – zegarek nie tylko odmierzał czas. Pomagał mu się nie spóźniać, przypominał o ważnych rzeczach, uczył go porządku. I wtedy zrozumiał: Ten zegarek działa tylko wtedy, kiedy jest częścią mojego życia.
Z przykazaniami jest dokładnie tak samo. Możesz je znać. Możesz je podziwiać. Możesz nawet o nich mówić. Ale dopóki nie „założysz ich na siebie”, nic się nie zmieni. One zaczynają działać dopiero wtedy, kiedy stają się częścią twojego życia. I wtedy dzieje się coś więcej. Nie tylko ty zaczynasz żyć inaczej. Zaczynasz widzieć Boga. W prostych rzeczach: w przebaczeniu, które wydawało się niemożliwe, w pokoju, który przychodzi mimo chaosu, w sile, której wcześniej nie miałeś. Jezus mówi: „objawię mu siebie”. Nie w spektakularnych znakach. Tylko w codzienności, która nagle zaczyna mieć sens.
Nie chodzi o to, żebyś od jutra był idealny. Chodzi o jeden krok. Jedno przykazanie. Jedna decyzja. Jedna konkretna sytuacja dziś. Bo miłość do Boga nie rośnie od wielkich deklaracji. Ona rośnie od małych wierności. I właśnie tam – w tych małych rzeczach – Bóg zaczyna być naprawdę obecny.
Było sobie drzewo na skraju wioski. Stało trochę z boku, nie w samym środku lasu, tylko tam, gdzie kończyła się droga, a zaczynało pole. Nie było szczególnie piękne. Nie miało prostego pnia jak sosny ani rozłożystej korony jak stare dęby. Było trochę krzywe. Jedna gałąź rosła w dół, druga w bok, jakby nie mogło się zdecydować, kim chce być.
Dzieci z wioski często się z niego śmiały: – Zobaczcie, jakie pokrzywione! – Nawet cień daje byle jaki! Drzewo słyszało to wszystko. I pewnego dnia pomyślało: „Może naprawdę jestem do niczego. Może powinienem rosnąć inaczej.”
Minęły lata. Przyszła wielka burza. Wiatr łamał gałęzie, deszcz zalewał pola, a pioruny uderzały blisko wioski. Wiele drzew w lesie nie wytrzymało. Te proste, dumne – pękały jak zapałki. A to krzywe drzewo? Ono się uginało. Jedna gałąź – ta dziwna, rosnąca w dół odprowadzała wodę. Ta druga, wygięta w bok – rozpraszała siłę wiatru. Pień, który nigdy nie był idealny, potrafił się dostosować. Przetrwało. Po burzy ludzie przyszli zobaczyć zniszczenia. I nagle ktoś powiedział: – To drzewo… ono zostało. – Daje cień. – Można pod nim usiąść. – W sumie… dobrze, że tu jest.
Z czasem zaczęli przychodzić częściej. Ktoś powiesił na jego gałęzi huśtawkę. Ktoś inny usiadł pod nim, żeby odpocząć po pracy. Dzieci przestały się śmiać. A drzewo zrozumiało coś prostego: Nie muszę być idealne, żeby być potrzebne. To, co w tobie krzywe, niedoskonałe, inne – może być dokładnie tym, co kiedyś kogoś ocali. Nie próbuj na siłę być jak wszyscy. Rośnij po swojemu. Miej jednak świadomość, że nikt z nas nie jest doskonalny, ale też i nikt nie jest beznadziejny. Trzeba sobie wciąż przypominać, że “I am not totally perfect, but some parts of me are excellent.
To zdanie jest bardzo prawdziwe. I dobrze, że je widzisz. Bo problem wielu ludzi jest taki, że idą w jedną z dwóch skrajności: albo „jestem beznadziejny”, albo „jestem świetny i nie muszę się zmieniać”. A prawda jest pośrodku. Nie jesteś doskonały. Jasne. Każdy z nas ma rzeczy, które wymagają pracy: charakter, reakcje, słowa, decyzje. I nie ma sensu tego zamiatać pod dywan. Ale jednocześnie – jest w tobie coś naprawdę dobrego. Coś, co nie jest przypadkiem. Coś, co można rozwijać, pomnażać, dawać innym. I teraz najważniejsze: twoje życie zależy od tego, którą część będziesz karmił.
Pewien rzeźbiarz dostał ogromny, nierówny kawał kamienia. Pełen pęknięć, brzydki, ciężki. Ludzie patrzyli i mówili: – Nic z tego nie będzie. Szkoda czasu. A on przez wiele tygodni codziennie przychodził i odłupywał kawałek po kawałku. Ktoś go zapytał: – Co ty właściwie robisz? On odpowiedział spokojnie: – Uwalniam to, co jest w środku. Po miesiącach z kamienia powstała piękna rzeźba. I wtedy ktoś zapytał: – Skąd wiedziałeś, że ona tam jest? Rzeźbiarz uśmiechnął się: – Ona tam była od początku. Ja tylko usuwałem to, co nią nie było.
Z każdym z nas jest dokładnie tak samo. Nie chodzi o to, żebyś udawał, że wszystko jest idealnie. Ale też nie chodzi o to, żebyś skupiał się tylko na swoich brakach. Twoim zadaniem jest jedno: codziennie usuwać to, co nie jest tobą naprawdę. Trochę egoizmu. Trochę strachu. Trochę lenistwa. Trochę fałszu. I zostaje coś bardzo konkretnego: człowiek, który potrafi kochać, być wierny, uczciwy, dobry. I teraz wracając do słów Jezusa: „Kto zachowuje moje przykazania, ten Mnie miłuje”. To jest właśnie to „rzeźbienie”. Nie robisz z siebie kogoś sztucznego. Ty odsłaniasz to, kim naprawdę możesz być. Powiedzmy to wprost: każdy z nas ma w sobie potencjał do wielkiego dobra. Ale sam się nie zrobi. Albo zaczniesz nad tym pracować – małymi krokami, konkretnie – albo zostanie tylko zdanie: „część mnie jest wspaniała”. Zrób z tego coś realnego. Dziś. Jedną decyzją.
Pewien chłopak postanowił zacząć biegać, bo stwierdził: – Czas coś zrobić ze sobą. Pierwszego dnia kupił profesjonalne buty. Drugiego – zegarek sportowy. Trzeciego – opaskę, bidon, słuchawki, koszulkę „runner”. Wyglądał jak zawodowiec. Czwartego dnia wyszedł na pierwszy trening. Przebiegł… jakieś 200 metrów. Zatrzymał się, ciężko oddycha i mówi: – Dobra, chyba mam talent… tylko jeszcze nie teraz. Usiadł na ławce, odpalił aplikację i patrzy: „Gratulacje! Rozpocząłeś swoją drogę!” Wraca do domu dumny i mówi do kolegi: – Wiesz co, ja to chyba jestem typem sportowca. Kolega patrzy na niego i pyta: – A ile przebiegłeś? – No… mniej więcej tyle, co do sklepu po bułki. Na co kolega spokojnie: – To nie jesteś jeszcze sportowcem. Ale jesteś kimś ważniejszym. Jesteś kimś, kto zaczął.
I to jest sedno. Nie jesteś idealny. Jasne. Ale masz w sobie coś dobrego. Tylko pamiętaj: to „coś wspaniałego” nie robi roboty samo. Nie buty robią biegacza. Nie plany robią człowieka. Nie gadanie robi zmianę. Tylko działanie. Więc zamiast zastanawiać się, czy jesteś już „wystarczająco dobry”… zrób jeden krok. Nawet jeśli to będzie tylko „200 metrów”. Bo właśnie od tego zaczyna się coś naprawdę dobrego.
J 14, 15-21
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie.
Nie zostawię was sierotami. Przyjdę do was. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie widział. Ale wy Mnie widzicie; ponieważ Ja żyję, i wy żyć będziecie. W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was.
Kto ma przykazania moje i je zachowuje, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie».








