Kategoria

rekoLEKCJE ADWENTowe

rekoLEKCJE ADWENTowe

4. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię NADZIEJA

Najpiękniejsza pochwała, jaka wyszła z ust samego Chrystusa, skierowana była pod adresem Jana Chrzciciela. Mówi Chrystus: „Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on”.

Co Chrystus zatem najwyżej ceni w Janie Chrzcicielu? Wydaje się, że przede wszystkim jego umiłowanie prawdy, bo to ona stanowi jeden z najpiękniejszych klejnotów ludzkiego serca. Instynktownie każdy z nas wie i czuje, kiedy ktoś mówi prawdę, a kiedy nie. To widać w naszych oczach, to widać na naszej twarzy, to promieniuje z całej naszej postawy. Bo prawda zawsze pociąga – jak magnez. I tak było z Janem, do którego tłumy ciągnęły każdego dnia. Jan mówił prawdę, tą prawdą sam żył i tą prawdą dzielił się z innymi.

Przeciwieństwem prawdy jest kłamstwo, zakłamanie, które jest mroczne, ciemne, niewyraźne. Ktokolwiek wejdzie na tą drogę, wcześniej czy później się zgubi albo co najmniej zagubi. Do wyjścia z drogi kłamstwa na drogę prawdy potrzebne jest przede wszystkim: 1. uznanie i przyznanie się, że dotychczasowe życie było kłamstwem, jeśli takie faktycznie było; 2. chęć poprawy. A te dwie postawy zakładają autentyczność, stanięcie w prawdzie i realne spojrzenie na siebie samego oczami dziecka: realne i szczere… Tymczasem…

Pewien człowiek spowiada się następująco: – Dużo przeklinałem, ale też dużo się modliłem – to się wyrównuje. Dużo piłem, ale dużo pościłem – też się wyrównuje. Dużo kradłem, ale dużo rozdałem ludziom – znowu się wyrównuje. W tym momencie spowiednik stracił cierpliwość i krzyknął: – Pan Bóg cię stworzył, a diabeł zabierze do piekła – to też się wyrównuje!

Każdy z nas jest w mniejszym lub większym stopniu grzesznikiem. Nie ma ideałów, nie jesteśmy aniołami!!!

Kiedyś duchowny ujrzał grupę dzieci, która siedziała w kole, a wśród nich był pies. Wtedy ten duchowny zapytał: – Co robią? Jedno dziecko odpowiedziało: – Opowiadamy kłamstwa, a kto wyróżni się największym, otrzyma w nagrodę tego psa. Ksiądz zawołał: „– Naprawdę? Jestem oburzony! Kiedy byłem małym chłopcem, powiedzmy w waszym wieku, nawet nie pomyślałem o tym, by kiedykolwiek skłamać!” Jeden z chłopców powiedział wtedy do kolegi: „Daj mu tego psa. On wygrał!”

Zagubieni w krętych ścieżkach kłamstwa ludzie szukali Jana, wiedząc oczywiście, że On zna prawdę o Bogu, o świecie, o człowieku, i więcej… zna radosną prawdę o zbawieniu. I do tej prawdy wyciągali oni ręce do Jana. Każdy z nas wyciąga również i swoje ręce do prawdy, a broni się przed kłamstwem. Księciem kłamstwa jest szatan. Jednak równocześnie wielu z nas chce spodobać się wszystkim, iść na kompromisy, na układy i układziki czy ustępstwa nie chcąc nikogo ani urazić, czy zdenerwować, albo bezpośrednio powiedzieć tak „prosto z mostu” co leży nam na sercu i co tak naprawdę myślimy i wtedy na nasze usta, mimo, że tego nie chcemy wkrada się kłamstwo. A przecież nie da się spodobać wszystkim, bo „jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził”, bo różne są opinie, zapotrzebowania, inne podchodzenie i dochodzenie do wielu spraw, zwłaszcza tych związanych z codziennym z życiem.

Jest takie opowiadanie: Jak spodobać się wszystkim? Ojciec z synem zabrali osła na targowisko. Ojciec jechał na grzbiecie zwierzęcia, a chłopiec szedł pieszo. Po drodze, ludzie mówili: „- To niebywałe: duży, silny mężczyzna siedzi na grzbiecie osła, a dziecko musi iść piechotą… To skandal!” Wówczas ojciec ulegając trochę presji społecznej zszedł z osła, a jego miejsce zajął syn. Tłum gapiów zauważył tą radykalną zmianę i skomentował: „- To straszne. Starszy człowiek idzie piechotą, a młody, wysportowany chłopiec jedzie wierzchem. To skandal!” W tej sytuacji obaj oni weszli na grzbiet osła i znowu usłyszeli głosy tłumu: „– To okrucieństwo: dwóch ludzi siedzi na jednym słabym ośle, zameczą zwierzaka-nieboraka! To skandal!”  Więc ci dwaj zeszli z niego i prowadzili go za sznurek. I znów kolejni gapie komentowali głośno: – To jakiś absurd! Chyba zwariowali i po co oni kupili tego osła, który nic nie nosi na swoim grzbiecie, a dwóch ludzi idzie pieszo i się meczą… Po co im ten osioł? To skandal! W końcu obaj wzięli tego osła na własne ręce i zaczęli go nieść, ale nawet wtedy nie zdołali uzyskać poparcia od gapiów z targowiska. W ten sposób zostali uznani za… wariatów.

Prawda czy kłamstwo, to zawsze wybór człowieka. To nie tłum gapiów będzie rozliczany ze swoich wyborów i decyzji, ale sam człowiek. Indywidulanie zdamy sprawę z naszego życia, a nie zbiorowo. A my tak próbujemy często połowicznie rozłożyć odpowiedzialność na pół, byle nie tylko na siebie w myśl zasady: „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. O co mi chodzi. I znowu posłużę się opowiadaniem…

Jeszcze dziś wiele osób pisze ręcznie cyfrę 7 z poziomą kreską w połowie wysokości.
Kreska ta zanikła w większości stylów pisma maszynowego i komputerowego – co można było zauważyć powyżej. Ale czy wiecie, dlaczego ta kreska przetrwała do naszych czasów? Trzeba powrócić do czasów biblijnych, kiedy to Mojżesz wspiął się na górę Synaj. Gdy zostało mu podyktowane 10 przykazań zszedł do swego ludu i zaczął odczytywać im donośnym głosem każde przykazanie. Gdy doszedł do siódmego odczytał: ” – Nie wolno Ci kraść”. Na co z tłumu odezwały się liczne głosy: ” – Skreśl siódemkę, skreśl siódemkę!”

Dlatego w Adwencie, zwłaszcza dziś jest przed nami apostoł prawdy – Jan Chrzciciel. Człowiek, który był otwarty naprawdę, bo ją szukał i kochał ja. Obyśmy i my poprzez własne poszukiwania i refleksję – zwłaszcza w czasie tych rekolekcji – doszli do prawdy, jaką jest sam Jezus Chrystus.

W książce Dale’a Carnagie’go Jak pokonać zmartwienia i poradzić sobie ze stresem czytamy: „Bardzo łatwo stracić nadzieję, kiedy widzimy, że nic nam się nie udaje. Czasami odnosimy wrażenie, że bez względu na to, co zrobimy, nic nie osiągniemy. Poniższa przypowieść pokazuje nam, jak spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy.

Młoda kobieta odwiedziła swoją mamę i pożaliła jej się, że życie ostatnio daje jej w kość. Nie potrafiła rozwiązać swoich problemów. Tak bardzo była znużona walką i ciągłą szamotaniną, że miała ochotę się poddać. Miała wrażenie, że gdy tylko udawało jej się uporać z jakimś problemem, natychmiast pojawiał się następny.

Mama zabrała ją do kuchni. Nalał wodę do trzech garnków i każdy z nich postawiła na ogniu. Wkrótce woda zaczęła wrzeć. Do pierwszego garnka kobieta włożyła marchewki, do drugiego jajka, a do trzeciego zmieloną kawę. Usiadła obok córki i w milczeniu wpatrywała się w trzy garnki.

Po około dwudziestu minutach włączyła ogień. Wyłowiła marchewki i przełożyła je do miski, To samo zrobiła z jajkami. Z trzeciego garnka nabrała chochlą kawę i też wlała ją do miski. A potem zwróciła się do córki: „Powiedz mi, co widzisz”.

„Marchewki, jajka i kawę, odpowiedziała córka. Matka poprosiła ją, żeby podeszła do misek i dotknęła marchewek. Córka zauważyła, że są miękkie, Potem mam poprosiła córkę, żeby rozbiła jajko. Po zdjęciu skorupki okazało się, że jajko ugotowało się na twardo. Na końcu kobieta poprosiła córkę, żeby wypiła łyk kawy. Córka uśmiechnęła się, gdy skosztowała kawy i poczuła jej głęboki aromat. A potem zapytała: „O co w tym wszystkim chodzi?”.

Matka wyjaśniła jej, że każda z tych rzeczy spotkała się z tą samą przeciwnością losu: z wrząca woda. I każda z nich zareagowała inaczej. Surowe marchewki były mocne twarde i nieelastyczne. Po zanurzeniu we wrzątku stały się miękkie i słabe. Jajko na początku było delikatne. Jego cienka skorupka chroniła płyn znajdujący się w środku, ale po kilku minutach we wrzątku wnętrze jajka zrobiło się twarde. Najbardziej niezwykłe było to, co stało się ze zmieloną kawą: zmieniła wodę, w której została zanurzona.

„Którą z tych rzeczy jesteś?”, spytała córkę. „Jak reagujesz na przeciwności losu? Jesteś marchewką, jajkiem czy ziarnem kawy?”.

Rozważamy następujące pytania: Kim jestem? Czy jestem marchewką, która wydaje się mocna, ale pod wpływem bólu i przeciwności losu robi się miękka i traci swoją siłę? Czy jestem jajkiem, które na początku ma miękkie serce, ale pod wpływem gorąca twardnieje? Czy byłem wolnym duchem, ale trudna życiowa sytuacja, taka jak śmierć bliskiej osoby, rozstanie czy problemy finansowe sprawiła, że stałem się twardy i nieustępliwy? Czy moja skorupa wygląda tak samo, ale w środku straciłem swoją elastyczność, stałem się zgorzkniały, a moje serce zrobiło się twarde?

A może jestem jak ziarno kawy? Kawa zmienia gorącą wodę – okoliczność będącą źródłem cierpienia. Kiedy woda wrze, wydobywa z kawy jej smak i aromat. Jeśli jesteśmy jak ziarno kawy, problemy w naszym życiu sprawiają, że stajemy się lepsi i zmieniamy sytuację wokół siebie. Czy wznosimy się na wyższy poziom, gdy stajemy przed naprawdę trudnymi przeciwnościami losu? Jak radzimy sobie z problemami? Czy jesteśmy marchewką, jajkiem czy ziarnem kawy?

Najszczęśliwsi ludzie wcale nie mają idealnego życia; po prostu potrafią najlepiej wykorzystać to, co przynosi im los. Fundamentem jasnej przyszłości zawsze jest zapomnienie o przeszłości; nie możemy iść naprzód, dopóki nie przestaniemy przywiązywać wagi do dawnych porażek i żalów.

Żyjmy zgodnie ze starym powiedzeniem: „Kiedy się rodzimy, płaczemy, a wszyscy dookoła nas się uśmiechają. Musimy żyć tak, żebyśmy na końcu to my byli tymi, którzy się uśmiechają, a wszyscy dookoła nas płakali”.

Ojciec z synem wyruszyli na spacer. Wtedy chłopak zapytał, jak to jest z tą elektrycznością biegnącą po drutach rozpiętych między słupami. – Nie wiem – odpowiedział ojciec – o elektryczności nigdy wiele nie wiedziałem… Kilka domów dalej chłopiec zapytał, co powoduje błyskawice i grzmoty. – Prawdę mówiąc – odrzekł ojciec – sam tego nigdy nie rozumiałem. Syn zadawał kolejne pytania przez całą drogę, ale ojciec nie potrafił odpowiedzieć na żadne z nich. Kiedy w końcu zbliżali się znowu do swego domu, chłopak zapytał: – Tato, chyba nie gniewasz się, że zadawałem ci tyle pytań? – Oczywiście, że nie – odpowiedział ojciec. A czego jeszcze masz zamiar się nauczyć…?

W Ewangelii św. Łukasza słyszymy, że aż trzy razy jak tłumy pytały Jana: Cóż mamy czynić? Podobnie jak ten mały chłopiec, tłumy zadawały pytania o bardzo ważnym dla nich znaczeniu. Z tym, że chłopiec zadawał konkretne pytania, a wypadku Jana pytania do niego kierowane były one podane od różnych warstw społecznych. Wiedza Jana jest bardzo prosta, a pytający bardzo wymagający. Faryzeuszom i Uczonym w Piśmie nakazuje dzielić się tym, to posiadają (ubraniem, jedzeniem, piciem); celnikom zaleca uczciwość w swojej pracy (tyle, ile wam wyznaczono); żołnierzom zaś, by byli sprawiedliwi (nie znęcajcie się, nie uciskajcie innych). Trzy pytania, trzy odpowiedzi dla ludzi, którzy „z napięciem snuli domysły w sercach, czy aby Jan nie jest oczekiwanym Mesjaszem”.

Charakterystyczną cechą Jana Chrzciciela jest to, że prócz wymagań i konkretnych wskazówek daje ludziom nadzieję, bo daje perspektywę przyszłości (wieczności). Ale nie głosi siebie, ale Tego, któremu nie jest godzien rozwiązać rzemyka u sandałów – Jezusa. Był tym, który mimo wielu napominań, głosił przede wszystkim dobrą nowinę – nadzieję na lepsze jutro.

Wódz jednego z indiańskich plemion, obozujących u podnóża gór, umierał. Zawołał trzech swoich synów i powiedział: – Umieram, jeden z was musi zostać moim następcą, stanąć na czele plemienia. Niech każdy z was wejdzie na Szczyt naszej świętej góry i przyniesie mi coś pięknego. Moim następcą zostanie ten, kto zdobędzie najbardziej niezwykły prezent. Po upływie kilku dni, synowie powrócili. Pierwszy przyniósł ojcu piękny kwiat, niezwykle rzadki, który rósł na samym wierzchołku góry. Drugi przyniósł kamień – był kolorowy, gładki, okrągły, wygładzony przez deszcze i piaskowe burze. Trzeci syn wrócił z… niczym. Powiedział ojcu: – Ojcze, nie przyniosłem niczego, co mógłbym pokazać. Kiedy stałem na szczycie świętej góry, ujrzałem po drugiej stronie krainę zielonych pastwisk i kryształowo czyste jezioro. Byłem tak zauroczony widokiem i swoimi myślami, że nie mogłem niczego przynieść. Ojciec powiedział: – Ty zostaniesz nowym wodzem naszego plemienia, ponieważ przyniosłeś coś najcenniejszego – widok na lepszą przyszłość.

Jan Chrzciciel został wybrany przez Boga jako ten, który głosił lepszą przyszłość – głosił przyjście Jezusa Chrystusa. Te mocne wymagania, które stawiał przed oczami uczniów, miały ich przygotować do tego przyjścia. Jan zatem stawia przed nami wyzwania, którym należałoby podołać: nakazuje dzielić się tym, co posiadamy z potrzebującymi; wskazuje uczciwość w naszych codziennych obowiązkach, oraz sprawiedliwość w ocenie, relacji z drugim człowiekiem.

Warto, podejmując trud adwentowego oczekiwania na przyjście Pana Jezusa, pamiętać o zaufaniu Panu Bogu w każdym momencie naszego życia. W chwilach radosnych, ale też i ciężkich modląc się do Niego przesiąknięci pokojem, wiarą, miłością i nadzieją. Jak to ma wyglądać?

Pamiętam, jak któryś z moich znajomych opowiadał mi o modlitwie małego Krzysia do Pana Boga. Wcześniej mały chłopiec ogląda wiadomości w TV, a w nich były same katastrofy, klęski żywiołowe, zbrodnie, kłótnie, napięcia – jednym słowem zamieszanie, lęk i samo zło. I kiedy po oglądnięciu tych wiadomości, mały Krzyś klęcząc przed swoim łóżkiem, patrząc na krzyż modlił się tak: „Panie Boże, chroń mamusię i tatusia, siostrzyczkę, babcie i mojego dziadka, oraz przyjaciół ze szkoły, oraz kotka. No i proszę Cię, uważaj na siebie, bo jak jeszcze Tobie coś się stanie, to będzie już po nas…”

Zaufajmy Panu Bogu w naszych codziennych sprawach. W każdej przeżywanej „przygodzie i wydarzeniu dnia codziennego”. Wtedy łatwiej nam będzie podjąć trud codziennego życia i być wytrwałym i konsekwentnym w podjętych adwentowych zobowiązaniach.

Opowiadanie, pt. „Nadzieja”, autor nieznany. W brzuchu ciężarnej kobiety były bliźniaki. Pierwszy zapytał drugiego: „- Wierzysz w życie po porodzie?” „- Jasne. Coś musi tam być! Mnie się wydaje, że my właśnie po to tu jesteśmy, żeby się przygotować na to co będzie potem”. „- Głupoty. Żadnego życia po porodzie nie ma. Jak by to miało wyglądać?” „- No nie wiem, ale będzie więcej światła. Może będziemy biegać, a jeść buzią…” „No to przecież nie ma sensu! Biegać się nie da! A kto widział, żeby jeść ustami! Przecież żywi nas pępowina”. „- No ja nie wiem, ale zobaczymy mamę, i ta się będzie o nas starać”. „- Mama? Ty wierzysz w mamę? Kto to według ciebie w ogóle jest?” „- No przecież jest wszędzie wokół nas… Dzięki niej żyjemy. Bez niej by nas nie było”. „- Nie wierzę! Żadnej mamy nie widziałem, czyli jej nie ma…” „- No jak to? Przecież jak jesteśmy cicho, możesz posłuchać, jak śpiewa albo poczuć jak głaszcze nasz świat. Wiesz, ja myślę, że prawdziwe życie zaczyna się dopiero później…”

Często zdarza wam się tracić nadzieję? Są takie momenty, kiedy wydaje wam się, że nie ma już szans, by coś ułożyło się po waszej myśli? Jest taka przepiękna opowieść, która mówi o tym, że warto wierzyć do końca…

Pewnego ranka, sześcioletnia dziewczynka czekała ze swoją mamą na otwarcie sklepu. Jej piękne, rude włosy i piegi sprawiały, że wyglądała niewinnie i uroczo. Tego dnia, mocno padało. Wokół zebrał się tłum ludzi. Niektórzy irytowali się, inni stali spokojnie. Panowała cisza. W pewnym momencie, dziewczynka odezwała się głośno: – „Mamo, pobiegajmy w deszczu”. – „Co takiego? – spytała ją mama. – „Pobiegajmy w deszczu” – powtórzyło dziecko. – „Nie, kochanie, poczekamy aż troszkę przestanie padać” – padła odpowiedź.  Po krótkiej chwili, dziewczynka znowu poprosiła: – „Mamo, pobiegajmy w deszczu”. – „Będziemy całe mokre, jeśli to zrobimy – odpowiedziała jej mama. – „Nie, mamo. Dziś rano powiedziałaś mi, że nie zmokniemy” – przekonywała ją córka. – „Dziś rano? Kiedy powiedziałam, że możemy biegać w deszczu i nie zmoknąć?” – zdziwiła się jej mama. – „Nie pamiętasz? Kiedy rozmawiałaś z tatą o jego raku, powiedziałaś: „Jeśli nasza wiara pomoże nam przez to przejść, przetrwamy wszystko”. Wokół zapanowała cisza. Mama dziewczynki również przez chwilę myślała o tym, co odpowiedzieć. To był ważny moment w życiu jej córki. Moment, w którym naiwne, niewinne zaufanie może przekształcić się w silną, pozytywną wiarę w to, że „będzie dobrze”. „Kochanie – powiedziała w końcu mama dziewczynki. – Masz rację. Biegnijmy w deszczu.”

Na jednym z kubków, które ktoś sprzedawał za grosze, widniał bardzo piękny napis, który brzmiał tak: „Padła/eś? Powstań, popraw koronę i zasuwaj!”. Myślę, że oddaje on naszą rzeczywistość. Nie ma ludzi, którzy się nie potknęli, czy nawet przewrócili i przy okazji bardzo poranili zarówno siebie, jak i innych wokół siebie, ale najważniejsze jest to, żeby z tego upadku, przewrócenia się, wywrotki, skaleczeń, urazów, a czasami chodzi naprawdę o drobnostki, wyciągnąć konkretne wnioski na przyszłość. Nie jesteśmy doskonali, bo nie jesteśmy Panem Bogiem, ale zostaliśmy stworzeni na obraz Pana Boga. I nawet jeśli sami się potknęliśmy i nie jest nam z tym najlepiej, to proszę nigdy nie pozbawiajmy ludzi nadziei, bo może to jedyne, co im pozostało.

Mamy być świadkami nadziei, bo to jest nasz chrześcijański obowiązek. Alex Kava („Fałszywy krok”) ujął to bardzo ładnie w słowach: „Nadzieja, to mały ptak, który śpiewa gdzieś w nas i którego nie można uciszyć”. Uciszenie tego ptaka to zabicie w kimś chęci do życia.

Pierwsze słowa Orędzia Bożego Narodzenia, jakie rozległy się na ziemi ponad dwa tysiące lat temu, brzmią: Nie bójcie się! (Łk 2, 10). Były to słowa skierowane do pasterzy, którzy bardzo zlękli się, ponieważ ujrzeli anioła. Według przekonań w Starym Testamencie człowiek, który ujrzał anioła – wysłańca Boga – musiał umrzeć. Anioł uspokoił pasterzy. Nie bójcie się – mówił. Nic umrzecie. Oto zwiastuję wam radość wielką… narodzi! się wam Zbawiciel (Łk 2, 11). Jan Paweł II za życia powiedział do nas słowa, które zapamiętamy na zawsze: Przestań się lękać! Zaufaj Bogu, który bogaty jest w miłosierdzie. Jest z tobą Chrystus, niezawodny Dawca nadziei!

Mam nadzieje, że w tych rekolekcjach dostarczyłem Wam trochę treści, które zostawią pytania, na które nie ma do końca jasnych odpowiedzi. Nie ma nigdy pewności, że to nasze myślenie jest tym właściwym, prawdziwym i pełnym. Nawet jeśli jesteśmy przekonani, że znamy prawdę, to zawsze powinna być w nas odrobina „podejrzliwości”, że do końca tak nie jest i że możemy się mylić. O co mi chodzi…

Bruno Ferrero w opowiadaniu pt. “Statek wojenny” pisze: „Pewien wojenny statek patrolował bardzo niebezpieczną część Morza Śródziemnego. W powietrzu wisiało coś złego. Widoczność była słaba, a w dodatku ograniczała ją gęsta mgła. Sam kapitan stanął na mostku i nadzorował swoją załogę. Kiedy zapanowała już ciemność, stojący na posterunku marynarz zawołał: „- Widzę światło!”. „- Czy jest nieruchome, czy się oddala?” – zapytał kapitan. „- Nieruchome, kapitanie, odpowiedział marynarz. Oznaczało to, że wojennemu statkowi zagrażało śmiertelne niebezpieczeństwo zderzenia się z innym statkiem.

Kapitan rozkazał nawigatorowi: „- Wyślij natychmiast znak: płyniemy na siebie, zmieńcie o 20 stopni wasz kierunek”. Po chwili przyszła odpowiedź: „- Lepiej, żebyście wy zmienili kierunek o 20 stopni”. Kapitan jeszcze raz zawołał: „- Przekaż: ja tu jestem kapitanem, zmieńcie kierunek o 20 stopni”. Kolejna odpowiedź brzmiała: „- Ja jestem marynarzem drugiej kategorii. Lepiej dla was, żebyście to wy zmienili kierunek o 20 stopni”. Kapitan rozwścieczył się do końca. „- Przekaż – wrzeszczał już na całe gardło – jesteśmy statkiem wojennym, zmieńcie kierunek o 20 stopni”. Wtedy nadeszła kolejna odpowiedź: „-A ja jestem… latarnią morską”. Wtedy statek wojenny zmienił swój kurs…

Oby te rekolekcje i to spotkanie z Janem Chrzcicielem, Jezusem i Jego Matką Maryją było takim spojrzeniem z innej perspektyw na samego siebie. Popatrzenie z pewnego dystansu, realne, bez upiększania na siebie samego oby było dla nas takim przygotowaniem do Świąt Bożego Narodzenia, które w naszej tradycji są bardzo rodzinne, skupione zwłaszcza na bezbronnym człowieku. Tej wrażliwości wobec maluczkich tego świata uczymy się poprzez życzliwość i otwartość, które poprzez gest otwartej ręki w postaci opłatka dają nam nadzieję, która podtrzymuje nasze doczesne życie. Bez nich, tzn. bez nadziei, wiary, pokoju i miłości nasze życie nie miałoby najmniejszego sensu. Nigdy nie jest za późno…

Jasio mówi do mamy: „- Mamusiu, chciałbym Ci coś ofiarować pod choinkę”. „- Nie trzeba syneczku, ale jeśli chcesz mi sprawić przyjemność, to popraw swoją jedynkę z matematyki”. „- Za późno mamusiu. Kupiłem Ci już perfumy!”.

Zawsze będzie za późno, jeśli nie mamy na coś ochoty, a zwłaszcza na poprawę własnego życia. Zawsze znajdzie się coś ważniejszego, istotniejszego, czemu poświęcamy nasz drogocenny czas, a potem okazuje się, że to nie miało najmniejszego sensu. Ile razy „złapaliśmy się” na tym, że spożytkowaliśmy czas i pieniądze na sprawy mało istotne, nie mające z perspektywy czasu wpływu na to, by polepszyć nasze życie zwłaszcza pod względem naszego ducha. Dzisiejszą pustkę człowiek „zalewa” różnym gadżetami, które nie dają mu pełnej radości z życia, tylko namiastkę szczęścia. Pozostaje pustka duchowa i chęć posiadania coraz więcej. Tymczasem nie weźmiemy tego wszystkiego do grobu, bo wszystko co posiadamy na tej ziemi, pozostanie na niej, „A śmierć zabierze wszystko, co nagromadziłeś – twoją władzę, twoje pieniądze, twój prestiż. Nic ci nie pozostanie, nawet ślad. Całe twoje życie zostanie unieważnione. Śmierć przyjdzie i zniszczy wszystko, co stworzyłeś, śmierć przyjdzie i udowodni, że wszystkie twoje pałace były tylko domkami z kart(Osho, Dojrzałość. Odpowiedzialność bycia sobą”).

Dlatego dziś życzę Wam, by Bóg, który narodził się człowiekiem, usunął z Waszych serc wszelki lęk. Niech na jego miejsce zagoszczą: pokój, radość, miłość i nadzieja. Są to wielcy doradcy, zwłaszcza dziś, gdy zabiegani w „przestrzeni świata”, szukamy tego co wydaje nam się, jest dla nas najlepsze. Niestety, jest to bardzo często namiastka szczęścia. Życzę Wam zatem, aby Święta Bożego Narodzenia przeżyte w duchu wiary, jaka ponad tysiąc lat jest mocą i światłem naszego narodu, pogłębiły w nas jedność, miłość i pokój z Chrystusem, a także między sobą. Niech we wszystkich umocnią ducha, ożywią nadzieję, wiarę i miłość, oraz dadzą pokój i siłę w przezwyciężaniu przeszkód dnia codziennego.

Zobacz także...
rekoLEKCJE ADWENTowe
3. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię MIŁOŚĆ
20 grudnia 2019
rekoLEKCJE ADWENTowe
2. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię WIARA
20 grudnia 2019
rekoLEKCJE ADWENTowe
1. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię POKÓJ
20 grudnia 2019
rekoLEKCJE ADWENTowe

3. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię MIŁOŚĆ

Jest taka wietnamska opowieść: Przed wielu laty w wiosce na skraju lasu żyło dwóch braci. Jeden maił na imię Kim, drugi De. De żył samotnie i był biedny. Kim był bogaty i miał mądrą żonę Chuc. Pewnego razu Chuc pyta swego męża, dlaczego nie utrzymują kontaktu ze starszym bratem De, dlaczego jeszcze ani razu nie zaprosili go na obiad? W odpowiedzi, Kim rzekł: „Co powiedzieliby moi przyjaciele, gdyby zobaczyli mojego brata przy stole, biednego i zaniedbanego. Z pewnością poczuli by się obrażeni.” „Pewnego dnia przekonasz się, że brat, nawet leniwy i biedny jest więcej wart d przyjaciół” – dodała żona.

Następnego dnia, Kim wraca do domu i widzi rozpaczającą żonę, która tłumaczy co się stało: „Przyszedł dzisiaj żebrak i chciał obrabować dom, broniąc się popchnęłam go, a on nieszczęśliwie upadł i zabił się. Zwinęłam jego ciało w prześcieradło i ukryłam w komorze. Z pewnością nikt nie uwierzy, że ja nie chciałam go zabić”. Co robić? Żona sugeruje, aby mąż poprosił przyjaciół o pomoc w potajemnym pogrzebaniu zwłok żebraka. Kim posłuchał rady żony. Zwrócił się do przyjaciół o pomoc. Lecz każdy z nich miał wymówkę, żaden nie przyszedł z pomocą. Kim wraca do domu zrozpaczony. Żona radzi, aby poprosił brata. „Ależ ja dla niego nic nie zrobiłem, na pewno nie zechce mi pomóc” – odpowiada Kim. Jednak pod wpływem namowy żony zwrócił się do brata. Brat bez wahania przyszedł z pomocą. Nocą pochowali biednego żebraka w lesie. Jednak następnego dnia rano policja puka do okna, aresztuje Kima wraz z żoną i prowadzi do sądu.

W sądzie obok sędziego, Kim widzi trzech przyjaciół, których prosił o pomoc. To oni zgłosili morderstwo i teraz zeznają przeciw niemu. Kim nie ma wyboru, przyznaje się do winy i prowadzi policję na miejsce pochówku żebraka. We wskazanym miejscu zaczynają kopać. Jakże wszyscy byli zdziwieni, gdy po odkopaniu znaleźli kłodę drzewa owinięta płótnem. Policja żąda wyjaśnień. Wtedy włącza się żona. Mówi, że wymyśliła historie o zabiciu żebraka, aby przekonać swego męża, że na brata można zawsze liczyć, a z przyjaciółmi różnie bywa.

Ta wietnamska opowieść nie ma na celu wyeksponowania sprytu, czy kłamstwa żony. Nie ma także zamiaru pomniejszyć wartości przyjaźni, ale raczej wyeksponować czym jest rodzina dla każdego z nas, czym są więzy krwi. Uroczystość Świętej Rodziny przypomina nam znaczenie rodziny w naszym życiu. Stawia zatem przed nami Świętą Rodzinę jako wzór. Ta rodzina była związana węzami i atmosferą autentycznej miłości. Bez tej atmosfery, każda rodzina, każde małżeństwo polegnie w gruzach.

Jak to jest z rodziną, z małżeństwem? Prorok powiedział o małżeństwie: narodziliście się zjednoczeni i macie zostać zjednoczeni po wszelkie czasy. Pozostaniecie zjednoczeni, aż białe skrzydła śmierci rozdzielą wasze dni. Ale pozostawcie sobie przestrzeń w waszym wspólnym życiu. Pozwólcie, by między wami tańczył wiatr i niebo. Kochajcie się nawzajem, ale nie róbcie z miłości kajdan: starajcie się raczej, by była ona morzem, którego fale kołyszą się pomiędzy brzegami waszych dusz. Śpiewajcie i tańczcie razem i bądźcie radośni, ale pozostawcie każdemu z was chwilę samotności. Dajcie sobie nawzajem wasze serca, ale nie na przechowanie. Bądźcie sobie zawsze bliscy, ale nie stójcie zbyt blisko siebie: ponieważ kolumny świątyni stoją każda osobno. Dąb i cyprys nie rosną w swoim wspólnym cieniu…

W każdym domu powinna być przede wszystkie przestrzeń do życia, tzn. dobra atmosfera, budząca zaufanie i poczucie bezpieczeństwa, a także poczucie przynależności do drugiej osoby, utożsamiania się z nią.

Kiedyś starsze małżeństwo obchodziło 60 rocznicę zawarcia związku małżeńskiego. Starzy pan mówi do swojej żony: – Zofia, nadal po tylu latach jestem Tobą zauroczony! – Co mówisz? – pyta żona – Mów głośniej, bo Cię nie słyszę!!! – Jestem nadal Tobą zauroczony – powtórzył mąż. – Mów głośniej, bo jestem głucha i nie słyszę!!! – Jestem Toba nadal zauroczony – wrzasnął mężczyzna. – Ja Tobą też jestem zmęczona – powiedziała machając ręką małżonka…

Jakże często jest jednak odwrotnie, o co mi chodzi? Kiedyś pewna rodzina zebrała się przy stole. Najstarszy syn oznajmił, że chce poślubić dziewczynę z sąsiedztwa.
„- Ależ przecież jej rodzina nie zostawiła jej ani grosza” – powiedział ojciec z pogardą.
„- A ona sama nie zaoszczędziła też nic” – dodała mama.
„- Ona nie zna się zupełnie na piłce nożnej” – wtrącił się młodszy brat.
„- Jeszcze nigdy nie widziałam dziewczyny z taką komiczną fryzurą” – powiedziała siostra.
„- Ona nie robi nic innego, tylko czyta powieści” – stwierdził wujek.
„- I ubiera się bez smaku” – – skrzywiła się ciocia.
„- Ale nie żałuje pudru i szminki” – podsumowała babcia.
„- Tak, wszystko się zgadza – powiedział syn – ale w porównaniu z wami ma ona ogromną zaletę”. Tak? A jaką? – zapytali wszyscy. „Ona nie ma rodziny”.

Warto zastanowić się, czy scenka, którą przed chwilą opowiedziałem, nie miała może miejsca i w naszym domu? Moi drodzy, własne wizje, patrzenie i ocenianie drugiej osoby nie jedno zniszczyły w przyjaźni, koleżeństwie, ale także i w rodzinie. Kiedyś ktoś powiedział, że z rodziną to tylko dobrze wychodzi się na zdjęciu, nigdzie więcej. Dzieje się tak wtedy, kiedy zachwiana zostaje równowaga między własną opinią, a opinią drugiej osoby. Kiedy na tym tle dochodzi do sprzeczek i kłótni, nawet rękoczynów.

Co w takiej sytuacji robić, aby ratować koleżeństwo, przyjaźń, małżeństwo. I odpowiedzią niech znów będzie prawdziwa historia i mądrość starszej kobiety. Otóż nowo wyświęcony ksiądz zastanawiał się długo nad swoim pierwszym kazaniem, które miał wygłosić na Mszy świętej z okazji ślubu. Podczas spaceru spotkał starszą kobietę, której przyznał się z trapiących go problemów: „Właściwie to zupełnie nie wiem, co mam powiedzieć na kazaniu nowożeńcom”. – „Ach” – odpowiedziała spontanicznie kobieta – „Proszę im powiedzieć, żeby sobie wciąż przebaczali”.

Tak, przebaczenie i miłość są fundamentem w egzystencji człowieka. Zwłaszcza w małżeństwie. Nie jesteśmy w stanie wyeliminować sytuacji konfliktowych w naszym życiu. Ważne jest jednak to, jak do nich podchodzimy. Moi drodzy, życie nie jest łatwe, to prawda. Każdy z nas popełnił, popełnia i będzie popełniał błędy w codziennych sytuacjach życiowych. I można komuś powiedzieć nieudaczniku, nie mogę na tobie polegać, nie mam zaufania, ale czy to jest sposób na wyjście z kryzysu? Każdy kto się wywyższa będzie poniżony. A każdy kto się poniża będzie wywyższony…
Katolicy Ameryki Łacińskiej kultywują piękny zwyczaj bożonarodzeniowy zwany Las Pasadas. Poczynając od 16 grudnia, przez 9 dni trwają wieczorne „święte pielgrzymki”. Maryja i Józef w drodze do Betlejem szukają noclegu. W niektórych regionach rolę Maryi i Józefa gra młode małżeństwo. Józef prowadzi osiołka, na którym siedzi Maryja. Parze towarzyszy procesja z lampionami. Wszyscy śpiewają i modlą się. Stukają do domów i proszą o gościnę. Gospodarz z wielką radością otwiera szeroko drzwi i zwraca się do nich słowami: „Witamy was, wejdźcie do naszego skromnego domu i niech Bóg da schronienie mojej duszy, kiedy opuszczę ten świat”.
To serdeczne powitanie jest zadośćuczynieniem za niegościnność betlejemskich mieszkańców sprzed dwóch tysięcy lat i znakiem gotowości przyjęcia Chrystusa, który przychodzi do nas w gościnę, aby przemienić nasze życie. Aby to życie mogło się przeminić konieczny jest w każdym człowieku gest pochylenie się, schylenia, oddania pokłonu, uznania bóstwa Jezusa. Ciekawe jest, że właśnie dlatego…
Ten, kto chce zobaczyć w Betlejem miejsce narodzin Jezusa, musi się schylić. Wejście do Bazyliki Narodzenia ma bowiem niecały metr wysokości. Kiedyś było znacznie większe, ale przybywający tu średniowieczni władcy mieli niestety w zwyczaju wjeżdżać na koniach do wnętrza kościoła; zmniejszenie otworu miało to uniemożliwić. Możni panowie musieli więc schodzić z konia, jeśli chcieli dostać się do groty narodzenia. I tak to niskie wejście nabrało głębokiej wymowy; do dziś mówi każdemu pielgrzymowi: Człowieku, kimkolwiek byś nie był, pochyl się nad tą wielką tajemnicą! Tylko ten, kto się uniży, umniejszy, stanie się jak dziecko, może zbliżyć się do Dziecięcia, które się tu narodziło, do Wcielonego Boga. Jedynie ten, kto potrafi zejść z „siodła” władzy, zaszczytów, wszechstronnej wiedzy, wyższego wykształcenia, wysokiego mniemania o sobie, samowystarczalności, wiary w osiągnięcia nowoczesnej techniki, zrozumie, co to znaczy, że Bóg stał się Człowiekiem.
Istnieje opowieść o uczonym, który z rozmawiał z żydowskim rabinem na temat tego, czy jest Bóg, czy Go nie ma. „Przestudiowałem mnóstwo mądrych ksiąg, ale w żadnej z nich nie znalazłem Boga” – powiedział uczony. „To znaczy, że ciągle za mało się pochylasz” – odpowiedział nauczyciel. Boga trudno spotkać w mądrych księgach. Trzeba go doświadczyć w życiu, pośrodku życia – i to w postawie pokory. Kto próbuje dumnie jeździć w „siodle” swojej mądrości, nie natrafi w swoim życiu na tajemnicę Boga. Ludzie ubodzy, cierpiący, chorzy, prości o wiele łatwiej odnajdują Boga. Nie inaczej było w Betlejem: prości, niewykształceni pasterze byli pierwszymi, którzy oddali pokłon nowo narodzonemu Synowi Bożemu.

Na szczęście my, ludzie XXI wieku zaczynamy powoli dostrzegać, że potęga nauki nie może nas zbawić, a wysoko rozwinięta technika nie jest w stanie napełnić naszych serc. Zaczynamy pojmować, że wyższy poziom życia to nie wszystko, że tylko wtedy, gdy rozpoznamy i uznamy nad sobą kogoś zdecydowanie wyższego od nas, gdy pochylimy się, ugniemy się przed Bogiem, możemy dobrze i sensownie przeżyć swoje życie. Kto nie czci Boga, ten nie żywi też szacunku dla człowieka. Kto nie idzie za głosem sumienia, ten sam siada na tronie należnym Bogu.

Święta Bożego Narodzenia stawiają nam pytanie: czy jesteście gotowi zgiąć kolana przed Bogiem, oddać Mu cześć i uznać w Nim Pana swego życia? Z groty betlejemskiej nieustannie rozchodzi się wezwanie: miejcie odwagę umniejszyć się, stać się małym przed Bogiem — On dał nam tego przykład!
Tymczasem, patrząc na ogrom zła, jakie może wyrządzić jeden człowiek, odnosi się wrażenie, że jest on na usługach jakiejś nadnaturalnej potęgi zła. Jeden z dziennikarzy obecny na procesie w Norymberdze napisał: „Patrząc na zbrodniarzy hitlerowskich trudno uwierzyć, że ogrom zła, jakiego dokonali, jest tylko ich dziełem. Wydaje się to niemożliwe, aby tak kruchy człowiek o własnej mocy dokonał takiego zniszczenia. Odnosiłem wrażenie, że ci zbrodniarze byli na usługach jakiejś nadprzyrodzonej transcendentnej potęgi zła.

W roku 1964 władze rumuńskie osadziły w więzieniach wiele osób ze względów politycznych i religijnych. Wśród uwięzionych znalazł się ksiądz Richard Wumbrand. Spędził on w więzieniu 14 lat. W książce pt.: „In God’s Underground” opisuje więzienne lata. Przebywał w podziemnej celi, w której cały czas świeciła żarówka. Jedynym meblem była twarda prycza. Do ubikacji wyprowadzał strażnik, na którego nieraz trzeba było czekać długie godziny. Pewnej nocy Richard usłyszał stukanie w ścianę. To jego nowy sąsiad-więzień dawał znaki o sobie. To pukanie denerwowało Wumbrand’a. Później jednak zorientował się, że jego sąsiad, radiooperator chce go nauczyć alfabetu Morse’a. Po opanowaniu tej sztuki porozumiewania się Richard zapytał, czy radiooperator jest chrześcijaninem. Po długiej chwili radiooperator wystukał: „Nie mogę powiedzieć tak”. Przez wiele miesięcy prowadzili ze sobą długie rozmowy. Aż pewnej nocy radiooperator wystukał: „Chciałbym wyznać moje grzechy”. Ta prośba poruszyła bardzo głęboko Wumbrand’a. Spowiedź, przerywana milczeniem, trwała bardzo długo. Gdy radiooperator skończył, ks. Wumbrand głęboko wzruszony przekazał alfabetem Morsa słowa rozgrzeszenia. Był to dramatyczny moment dla tych dwóch mężczyzn. W odpowiedzi na rozgrzeszenie radiooperator wystukał słowa: „To są moje najszczęśliwsze chwile w ciągu moich ostatnich lat”. Autentyczne spotkanie z Chrystusem uwalnia nas od zła i czyni odpornymi na wpływ złego ducha. Dlatego papież Jan Paweł II tak często wołał: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi”. Otwórzcie drzwi państw, domów, a przede wszystkim drzwi swoich serc…

Pan Bóg kocha nawet łobuza, widząc w nim to wszystko, co się jeszcze nie rozwinęło, a co mogłoby go zmienić w… świętego. Ktoś kiedyś dobrze to ujął: „Wady są to zalety, które się jeszcze nie rozwinęły”. A czego potrzeba, żeby się rozwinęły? Posłuchajcie…

Żył sobie pewien ogrodnik, który kochał róże tak, jakby były jego dziećmi (bo prawdziwych dzieci nie miał). A kto kocha to: dba, troszczy się, osłania, karmi, broni, poświęca wiele swego czasu (życia)… Tak kochał swoje róże ów ogrodnik. Jak bardzo się więc rozzłościł, gdy zobaczył pewnego dnia na grządce z różami (niebieskimi!) kępę ostów, co kwitły, jak dmuchawce. Powyrywał je natychmiast z korzeniami. Lecz osty chciały żyć, więc pochwytały się mocno ziemi i tym szybciej zaczęły odrastać. Ogrodnik płakał ze złości, choć róże dalej rosły, tylko że w jakim towarzystwie?! Zapytał więc pewnego pustelnika, co ma robić. Pustelnik, który kochał bez wyjątku wszystko, co żyje, powiedział: „Weź i pokochaj te osty, a najbardziej ich kwiaty”. No cóż, nie miał innego wyjścia ogrodnik i zaczął kochać osty MIMO WSZYSTKO.

Po kilku tygodniach do jego ogrodu zaczęli przychodzić inni ogrodnicy, nie mogąc nadziwić się niespotykanie pięknym kwiatom ostów, które kwitły tak błękitnie, iż można było podejrzewać, że albo pożyczyły tego koloru od róż-sąsiadek, albo od błękitu, którego im nikt nie zasłaniał. Ogrodnik już nie wiedział, co kochać bardziej: róże, które z zazdrości zaczęły rosnąć w kolce, czy osty, które tak się zajęły kwitnięciem, że kolce potraciły? Pomyślał więc, że chyba kocha bardziej osty, bo tyle go to kochanie kosztowało. Co więc pomoże rozwijać się temu, co dobre, piękne i kochane? Właśnie: TROCHĘ KOCHANIA I MIŁOŚCI, jak trochę słońca dla kwiatów. A przecież z ludźmi jest tak samo…

Zło lubi straszyć, tak jak szatan chce, by albo w niego nie wierzyć wcale, albo bać się go tak, żeby już żadnego dobrego człowieka nie widzieć, albo już nie wierzyć, że w złym jest jeszcze dobroć, którą trzeba w nim obudzić i pielęgnować. Zło straszy nas z filmowych horrorów, z codziennych wiadomości, z policyjnych programów telewizyjnych, z gazet, a nawet z filmów (niby) dla każdego… Można w końcu uwierzyć, że nie dzieje się nic dobrego, że w każdym z nas siedzi „kawał diabła” lub „półdiablęcia”, po którym wszystkiego złego można się spodziewać. I wtedy przestaje się wierzyć w Dobrego Boga, w to, że dobro i tak zawsze w końcu zwycięży zło, a nawet przestaje się wierzyć w to, że można samemu być tak dobrym, że się nawet o tym nie marzyło. Dlaczego?

Zbliżają się święta, lecz w rodzinie Jasia się nie przelewa. Zdesperowany Jasio pisze list do św. Mikołaja: „Drogi św. Mikołaju, jestem bardzo biedny, ale chciałbym dostać na gwiazdkę klocki Lego, piłkę i kolejkę elektryczna.” Panie na poczcie nie bardzo wiedzą co zrobić z tym listem, gdyż Jasio nie napisał adresu do Mikołaja. Postanawiają przeczytać list. Tak się wzruszają losem biednego Jasia, że postanawiają spełnić jego życzenia. Jednak pracownice poczty same dużo nie zarabiają, więc pieniędzy starczyło tylko na piłkę i klocki. Wysyłają prezenty do Jasia. Po jakimś czasie przychodzi list od Jasia, panie na poczcie otwierają go i czytają: „Drogi Mikołaju dziękuję Ci za wspaniale prezenty, a tę kolejkę to pewnie te złodzieje z poczty ukradły…” To się nazywa wdzięczność…

Bo właśnie gazetowo-ekranowe zło te marzenia w nas systematycznie niszczy. Dlatego im więcej zła się pokazuje, tym więcej trzeba czytać dobrych opowieści, tym więcej z dobrymi ludźmi przebywać i tworzyć wiele dobrych wspólnych rzeczy; tym więcej dobrze ludziom (nawet złym) życzyć i przez „okulary miłości” widzieć dobro, które jak wiosenne kwiatki dopiero pod ziemią się rodzą i w nas rozwijają…

Pamiętajcie: „WADY TO ZALETY, KTÓRE SIĘ JESZCZE NIE ROZWINĘŁY”. Trzeba im pomóc – i w sobie, i w innych. Chrystus jest dla nas chrześcijan: drogą, prawdą i życiem, ale też i pokarmem dającym życie, nie tylko to doczesne, ale przede wszystkim to wieczne. Naśladując Go naszym życiem, mamy pewność, że nie będzie to co prawda droga prosta, ale za to na pewno prowadząca do konkretnego celu jakim jest dom naszego Ojca. Czy chcemy ten cel osiągnąć to już kwestia naszej wolnej woli i zależy to „tylko” od nas samych.

Jest takie opowiadanie pt. Legenda o Miłości, napisana przez anonimowego poetę brazylijskiego: „Pewnego razu była sobie Miłość. Mieszkała w domu usłanym gwiazdami i przyozdobionym promykami słońca. Nadszedł dzień, w którym Miłość zapragnęła piękniejszego mieszkania. Czyż nie dziwny pomysł jak na Miłość? I uczyniła ziemię, a na ziemi uformowała ciało i tchnęła w nie życie. Żywą istotę, którą stworzyła na swoje podobieństwo nazwała człowiekiem. W nim to, we wnętrzu jego serca, Miłość zbudowała sobie dom: malutki, ale pełen życia; niezastąpiony, wciąż niespełniony, tak jak sama Miłość.

Tak oto Miłość zeszła do ludzkiego serca i wcisnęła się tam cała, aby w nim zamieszkać. Tam – w samym środku. Ale któregoś dnia człowiek zaczął zazdrościć Miłości. Zapragnął przywłaszczyć sobie dom, w którym ona zamieszkała. Chciał go mieć tylko dla siebie. Tak oto człowiek wyrzucił z serca Miłość! Zaczął więc napełniać swoje serce wszystkimi bogactwami tego świata. Ono jednak wciąż pozostawało puste. Nawet wszystkie skarby ziemi nie były w stanie wypełnić owej pustki. Smutny człowiek zdobywał w pocie czoła pożywienie. Wciąż był głodny, a jego serce pozostawało okrutnie puste.

Pewnego dnia człowiek postanowił podzielić się własnym sercem z innym stworzeniem żyjącym na ziemi. Dowiedziała się o tym Miłość. Przyoblekła się w ciało, aby podbić serce człowieka. Lecz człowiek rozpoznał Miłość i przybił ją do krzyża. I dalej w pocie czoła trudził się, aby zdobyć pożywienie. Wtedy Miłość przybrała postać pokarmu. Przemieniła się w chleb i pokornie czekała. Kiedy zgłodniały człowiek go zjadł, Miłość powróciła do swego domu, do serca. Odtąd serce człowieka jest pełne życia, bo życie – to Miłość”.

Módlmy się dzisiaj, abyśmy świadomi obecności zła na ziemi nie poświęcali mu zbyt dużo czasu, bo przecież ważniejsza jest miłość, dlatego dobru i dla dobra poświęcajmy nasze krótkie ziemskie życie.

Zobacz także...
rekoLEKCJE ADWENTowe
4. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię NADZIEJA
20 grudnia 2019
rekoLEKCJE ADWENTowe
2. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię WIARA
20 grudnia 2019
rekoLEKCJE ADWENTowe
1. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię POKÓJ
20 grudnia 2019
rekoLEKCJE ADWENTowe

2. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię WIARA

Niepokalane poczęcie (Łk 21, 28. 42)

Uroczystość Maryi Niepokalanej dobrze zgadza się z duchem Adwentu, bo kiedy Kościół przygotowuje się na przyjście Zbawiciela, bardzo słusznie zwraca się myśl do Tej, która będąc poczęta bez grzechu, miała stać się Jego matką. I faktycznie Maria tego doświadczyła, gdy została poinformowana przez anioła: „Oto poczniesz i porodzisz syna”, ale też i jej mąż Józef: to on został postawiony wobec faktu, że bez jego udziału Maryja została matką.

Powszechne jest przekonanie, że tam, gdzie działa Pan Bóg, tam zawsze wszystko jest jasne, proste, pewne, bez problemów czy kłopotów. Tymczasem trzeba powiedzieć, że tak nie jest!!! Bo przed nami jest Tajemnica. Tylko od czasu do czasu gwiazda Betlejem jest w stanie rozjaśnić fragment drogi, na której się znajdujemy, kierunek i miejsce, w które mamy iść. Bywają jednak dłuższe okresy, w których Bóg doświadcza uczciwość i wytrwałość człowieka. Kształtuje też jego wiarę, nadzieję i sprawiedliwość.

Czytając początek Ewangelii św. Łukasza widzimy, że Józef mógł z żalem i pretensją, a nawet złymi emocjami sięgającymi nienawiść, gniew i irytację, zareagować na to, co usłyszał z ust Maryi. Zdarzył się przecież – tak po ludzku biorąc – jawna niewierność. Patrząc po ludzku miał on ku temu prawo, aby oddalić, zostawić Maryję. On tego nie robi, bo wybrał… szacunek. Szacunek dla osoby, którą kochał. Jest wierny miłości. Zastosował też chyba mądrość, którą głosił kiedyś pewien… Indianin (opowiadanie pt. „Trzy fajki”).

Pewien stary i mądry wódz indiański dawał taką radę porywczym młodzieńcom swego plemienia: – Gdy jesteś rozgniewany na kogoś, kto śmiertelnie ciebie obraził i postanawiasz go zabić, by wymazać hańbę, zanim to uczynisz, nabij tytoniem fajkę i wypal ją. Gdy skończysz palić „pierwszą fajkę” stwierdzisz, że śmierć byłaby jednak zbyt surową karą za popełnioną winę. Przyjdzie ci na myśl, że zaaplikować będzie trzeba solidne baty. Jednak nim pochwycisz kij, usiądź i nabij „drugą fajkę” i wypal ją do końca. Pomyślisz wówczas, że mocne i soczyste obelgi będą mogły świetnie zastąpić baty. Otóż, gdy już będziesz miał pójść i zwymyślać osobę, która ciebie obraziła, usiądź i nabij „trzecią fajkę”, wypal ją, a gdy to zrobisz, będziesz miał jedynie ochotę pogodzić się z tym człowiekiem.

Oczywiście, podając tę przypowieść nie zachęcam nikogo do palenia fajki, ani nawet papierosów. Jestem zdeklarowanym przeciwnikiem tych używek w codziennym życiu z jednego prostego względu: szkoda zdrowia. To, co chciałbym raczej powiedzieć to, że przy każdy nieporozumieniu dajmy sobie czas, który jest najlepszym lekarstwem na bolączki w naszych relacjach. Czas przynosi radę. Należy oczekiwać jej cierpliwie. Bywa, że trzeba zawierzyć chwili. Jednak trzeba też pamiętać, że czas jest ” „bezwzględnym rzeźbiarzem ludzi”. Maryja była niewinna i w tę prawdę Józef uwierzył. Józef wierzył Maryi bezgranicznie. Ufał jej, bo na to zasługiwała. Przez ten szacunek okazał się być godnym wziąć odpowiedzialność za Syna Bożego i Jego Matkę.

Obrączka ślubna jest znakiem miłości i wierności. Niestety, czasem miłość i wierność mogą się w burzę zamienić. W każdym małżeństwie nadejść mogą dni bardzo krytyczne, kiedy wydaje się, że wszystko już stracone. Nieraz przez głupotę czy zazdrość nastąpi rozłam. Szczeliną wlewa się w twe serce i twój dom ciemna noc… Wówczas pozostaje jedyny ratunek – otwarcie się na światło przez pojednanie w przebaczeniu. Kiedy nie ma wiary w Boga i nie dajemy wiary w drugiego człowieka, wtedy nie uda nam się nic dobrego zbudować. Tymczasem…   Nigdy nie jest za późno na pojednanie, gdyż nigdy nie jest za późno, by kochać, i nigdy nie jest za późno, by być szczęśliwym.

Na surowej i kamienistej pustyni, mieszkało dwóch pustelników. Zajmowali dwie groty, które znajdowały się blisko siebie, jedna naprzeciwko drugiej. Po latach modlitw i okropnych umartwień, jeden z nich nabrał przekonania, że doszedł do doskonałości.

Drugi był człowiekiem również bardzo pobożnym, ale równocześnie dobrym i wyrozumiałym. Rozmawiał z nielicznymi pielgrzymami, pocieszał i gościł tych, którzy zagubili się i tych, którzy uciekali. «Cały ten czas odebrany jest modlitwie i rozmyślaniu», myślał pierwszy pustelnik, który potępiał częste, ale maleńkie uchybienia drugiego. Chcąc dać mu do zrozumienia w jakiś widoczny sposób, jak bardzo jest jeszcze daleki od świętości, postanowił umieszczać jeden kamień u wejścia do własnej groty, za każdym razem, gdy ten drugi popełniał uchybienie. Po kilku miesiącach przed grotą znajdował się szary i przytłaczający mur z kamieni. Pustelnik zaś był zamurowany wewnątrz.

Czasami wokół serca budujemy mury z małych kamieni codziennych niechęci, odwetów, milczenia, nierozwiązanych spraw, dąsów. Naszym najważniejszym zadaniem jest nie dopuścić do tego, by wokół naszego serca utworzyły się mury. Nade wszystko zaś musimy starać się, by nie stać się «jeszcze jednym kamieniem w murach innych ludzi». (Mur, Bruno Ferrero)

Przed nami ostatnie dni Adwentu. W przygotowaniu do spotkania z Chrystusem pamiętajmy, że przechodzimy czas próby, gdzie warto pamiętać o drugim człowieku, okazać mu szacunek i pojednanie, szczególnie tam, gdzie jest ono potrzebne. Zwłaszcza tym najbliższym naszemu sercu. Niech to będzie matka, ojciec, córka, syn, siostra, brat, żoną, mąż, przyjaciel. Także ta osoba, o której już dawno zapomnieliśmy, wymazaliśmy z naszej pamięci z różnych względów.
Warto zatrzymać się o choć troszkę albo nawet dłużej wsłuchać się w drugiego człowieka, bo często w zabieganiu nie słyszymy kto i co mówi. Okres Bożego Narodzenia, a także okres pojawiającego się Nowego Roku (tym razem 2020) to chwila, gdzie powinniśmy mieć czas dla Boga, dla ludzi i siebie samego, a nie czasem biegania za rzeczami, które są tylko namiastką szczęścia. Trafnie, ale bardzo mocno to wyraziła Katarzyna Kędzierska w książce pt. Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce: „Kupienie czegoś dla poprawy humoru w istocie nie wpłynie na Twój nastrój, za to w prezencie otrzymasz solidne wyrzuty sumienia, że znowu zrobiłaś bezsensowne zakupy i zmarnowałaś pieniądze. (…) Nie jesteś psem, nie nagradzaj się jedzeniem”. Prezent świąteczny jest bardzo ważny, bo jest symbolem pamięci o drugim człowieku. Ważne jest jednak to, żeby nie stał się on jedyną rzeczą, którą zapamiętamy w czasie tych Świąt.
Zwiastowanie i wiara Maryi (Łk , 26-38)

Jak pisze o. Stanisław Biel SJ: „Zwiastowanie, to pierwsze ważne wydarzenie, w którym Bóg wkracza w życie Maryi. Maryja żyje we własnym, spokojnym świecie, ma swoją pobożność, swoje pragnienia, decyzje, wybory i teraz w to wszystko wkracza Bóg, który burzy Jej rytm życia, spokój i Jej plany. Bóg wchodzi w życie Maryi jako rzeczywistość niepokojąca (Martini). Ta postawa Maryi może być dla nas bodźcem do pytań o naszą stabilizację. Wszyscy mamy tendencje do wygodnego ułożenia sobie życia, do własnych planów i ich realizacji. I jest to całkiem naturalne. Jednak nie zawsze potrafimy wkalkulować i zaakceptować odmienność działania Boga. Trzeba nieraz pewnej terapii wstrząsowej ze strony Boga, byśmy uświadomili sobie, że to On jest Panem naszego życia i ma najlepszy scenariusz dla nas. Postawa Maryi może być dla nas okazją do refleksji nad naszym pielgrzymowaniem i nad tym co dzieje się w naszym życiu, abyśmy nie zatracili tego, co jest dla nas najważniejsze”. Co jest najważniejsze? Niech przyjdzie nam z odpowiedzią opowiadanie…

Kierkegaard (1813-1855), duński teolog i filozof, zilustrował postawę biblijnych uczonych w Piśmie taką opowiastką: – Pewien Europejczyk wyjechał na Daleki Wschód i zakochał się po uszy w pięknej – Chince, Wróciwszy do domu, czekał z utęsknieniem na jakiś list od ukochanej. Po jakimś czasie przyszedłrzeczywiście wyczekiwany list – pisany chińszczyzną. Nic z tego nie rozumiał, ale wiedział, że jest to znak odwzajemnionej miłości. Poświadczył mu to zresztątłumacz przysięgły: Pośrednictwo trzeciej osoby nie było jednak najwygodniejszym rozwiązaniem, więc zaczął sam studiować język chiński. Miłość pchała go do szybkiego postępu w nauce. I w istocie już po paru latach mógł swobodnie odczytywać chińskie znaki.

Ale nasz Europejczyk tak się rozmiłował w tym egzotycznym języku, że wkrótce został profesorem i docentem na katedrze literatury chińskiej. Niestety, w tym czasie zdążył zapomnieć o zasadniczej przyczynie nauki owego obcego języka. No cóż? Zakochał się w literze, a zapomniał o sercu; oddał się nauczaniu, a przestał być tym, który kocha…

Nawiedzenie Elżbiety i pokój serca (Łk 1, 39-56)

Kochać kogoś, to znaczy widzieć cud niewidoczny dla innych. W scenie „Nawiedzenia Elżbiety, opisanej przez Ewangelistę Łukasza, zwróćmy uwagę na dwa punkty. Najpierw na spotkanie. Mamy tutaj piękny opis spotkania dwóch bliskich sobie błogosławionych kobiet, które noszą w swoim łonie dziecko. Gdy Maryja dowiedziała się o stanie swojej krewnej, poszła z pośpiechem w góry i pozdrowiła Elżbietę.  Ten skondensowany opis zawiera istotę spotkania. Aby spotkanie było autentyczne, należy podjąć długą drogę do naszych bliźnich. Trzeba najpierw, jak Maryja, opuścić własny dom, wyjść z siebie, pokonać góry naszych lęków, obaw, zahamowań, góry własnego wygodnictwa.

Następnym krokiem jest wejście do domu drugiego i pozdrowienie go; spojrzenie z szacunkiem tajemnicę, na to, co w nim jedyne i niepowtarzalne. W pozdrowieniu nie ma zamysłu ani celu. Nie sprawdzamy drugiego, nie wnikamy w jego problemy, ale pozwalamy mu być sobą, przyjmujemy go i akceptujemy takim, jaki jest, jaki nas spotyka. Prawdziwe spotkanie jest możliwe dzięki szacunkowi i dostrzeganiu wzajemnej godności” (o. Stanisław Biel SJ).
Królowa Wiktoria, wielka monarchini Anglii kochała niezwykle swojego męża Alberta. Nie mógł on, niestety, nosić królewskiego tytułu ani też piastować żadnej ważnej funkcji społecznej. Pomimo wielkiej miłości wybuchały pomiędzy nimi awantury. Kiedyś po takiej kłótni książę Albert zamknął się w swojej komnacie. Po krótkiej chwili Wiktoria przełamała się i zapukała do jego drzwi. – Kto tam? – zapytał Albert. – Królowa Anglii! – padła odpowiedź. Drzwi nie otworzyły się, a młoda królowa pukała dalej. – Kto tam? – Królowa Anglii! Cisza. I tak powtarzało się kilkakrotnie. Wreszcie… – Kto tam? – Twoja żona, Albercie – odpowiedziała królowa. Drzwi otworzyły się natychmiast…

Nasze spotkania często „nie są autentyczne, ponieważ próbujemy natychmiast przyporządkować drugiego człowieka (np. czy jest mocniejszy ode mnie? inteligentniejszy? dojrzalszy w swoim człowieczeństwie? głębszy duchowo?). Instynktownie usiłujemy też zauważyć jego słabe strony, aby go w ten sposób zdeprecjonować, pomniejszyć, podporządkować”… (o. Stanisław Biel SJ)

Jest to ciekawa historia o tym jak w przedpokoju opata Gariep’ego znajdowały się symbole czterech ewangelistów: jagnię, lew, wół i osioł. Pewien brat został wezwany, gdyż należało udzielić mu reprymendy. Wychodząc po rozmowie, spotkał on jednego ze swoich współbraci i powiedział: – Trudno doprawdy o właściwsze symbole do tego przedpokoju… – A to czemu? – spytał tamten. – Bo człowiek wchodzi tam niewinny jak jagnię, słyszy ryk lwa, stoi osłupiały jak wół i umyka z szybkością orła… Gdybyśmy znali własną wartość, byli zawsze świadomi naszej boskiej godności, potrafilibyśmy również cieszyć się z godności innych. Prawdziwe spotkanie jest wolne od ocen. Jest świadome wzajemnej godności i pełne szacunku wobec tajemnicy.

Pewnego zimowego wieczoru w 1932 roku znany na całym świecie skrzypek, Fritz Kreisler, czarował publiczność swą wspaniałą grą w jednym z teatrów Dublina w Irlandii. Po zakończeniu koncertu artysta opuścił teatr, zamierzając powrócić samochodem do hotelu, w którym mieszkał. Kiedy wsiadał do samochodu, usłyszał dźwięk skrzypek. Ktoś grał przepięknie na skrzypcach przed gmachem teatru, w którym przed chwilą artysta miał koncert. Zaintrygowany odgłosem pięknych i czystych dźwięków, Kreisler postanowił sprawdzić kto tak pięknie gra. Kiedy podszedł bliżej, okazało się, że była to mała irlandzka dziewczynka o nazwisku Lillian Mack, która za drobne pieniążki grała na skrzypcach dla ludzi wychodzących z teatru.

Przez kilka minut Kreisler wsłuchiwał się intensywnie w jej grę. Później zaprosił ją do hotelu, aby zagrała dla niego i kilku przyjaciół. Wielki artysta był tak poruszony jej talentem i chwytającą za serce grą, że zaproponował jej podpisanie kontraktu na koncert w Teatrze Królewskim. Ten sławny na cały świat artysta odkrył w ubogiej i prostej irlandzkiej dziewczynce podobne do swego własnego wyczucie piękna. Zdolność do takiego rodzaju gry, która współbrzmiałaby harmonijnie z jego własną. Odkrycie to pozwoliło tej dziewczynce opuścić ulice i grać na wielkich scenach przed podziwiającymi ją tłumami.

Możemy zatem „zastanowić się nad naszymi spotkaniami. Możemy pytać się, czy w naszym życiu potrafimy wzmacniać pozytywnie innych? Czy chcę i potrafię innych docenić, dowartościować, wypowiedzieć wobec nich słowa pochwały? I czy te słowa są szczere, bezinteresowne, czy też wynikają z wyrachowania? Czy potrafię szczerze cieszyć się radością innych? Co mi łatwiej przychodzi: chwalić innych czy krytykować i potępiać? Czy pochawalić i pokazać jak wielke rzeczy uczynił mi Wszechmocny? Pytajmy w tej modlitwie o naszą radość. W naszym życiu często zbyt jednostronnie kładziemy nacisk na przykre i trudne doświadczenia” (o. Stanisław Biel SJ).

Opowieści, legendy czy bajki są nieocenionym źródłem mądrości, uniwersalnych prawd oraz cennych wskazówek. Jedną z takich historii jest przypowieść o chińskim wieśniaku, którą przytaczał Anthony de Mello SJ. Ta przepełniona spokojem opowieść podnosi na duchu w obliczu problemów i niesie nadzieję w sytuacjach pozornie bez wyjścia. A oto ona: „W małej chińskiej wiosce mieszkał starszy mężczyzna. Całym jego dobytkiem był kawałek pola oraz koń, z pomocą którego uprawiał rolę. Koń był dla wieśniaka niezwykle wartościowy, ponieważ dzięki niemu mógł zapewnić byt sobie oraz swojemu synowi. Pewnego dnia koń zniknął. Sąsiedzi współczuli wieśniakowi takiego nieszczęścia.

Mężczyzna nie zamartwiał się jednak stratą konia, lecz ze spokojem pytał: „- Szczęście? Nieszczęście? Kto wie?” Tydzień później zwierzę niespodziewanie powróciło do właściciela, przyprowadzając ze sobą stado innych koni. Tym razem sąsiedzi nie mogli uwierzyć w to, jakie szczęście spotkało starego wieśniaka – w całej wiosce nikt nie miał tylu koni! Gratulowali mu z całego serca. Mężczyzna podziękował im za miłe słowa, po czym zapytał: „- Skąd wasza pewność, że to, co się wydarzyło, jest szczęściem?”.

Sąsiedzi dziwili się tym słowom i uznali starca za niewdzięcznika. Pewnego razu syn wieśniaka postanowił okiełznać jednego z nowych koni. Niestety, jego próba nie powiodła się, ponieważ spadł z grzbietu zwierzęcia i złamał nogę. Sąsiedzi ponownie składali mężczyźnie wyrazy współczucia w obliczu takiego nieszczęścia, jednak wieśniak pytał tylko: „- Szczęście? Nieszczęście? Kto wie?”.

Dni mijały, a kraj pogrążył się w wojnie. Do chińskiej wioski wkroczyli żołnierze, werbując do wojska młodzieńców zdolnych walczyć. Ku rozpaczy wielu rodzin, zabrali wszystkich młodych mężczyzn, z wyjątkiem jednego – syna wieśniaka, który leżał w łóżku ze złamaną nogą. Po jakimś czasie okazało się, że żaden z młodzieńców zaciągniętych do walk nie przeżył. Rodziny pogrążyły się w żałobie, jednak wieśniak pozostał niewzruszony, pytając tylko: „- Szczęście? Nieszczęście? Kto wie?”.

Ta przypowieść mówi nam o tym, by nie klasyfikować zdarzeń jako „dobre” czy „złe”. Etykietki, które nadajemy różnym sytuacjom życiowym, wynikają z naszego ograniczonego postrzegania, bazującego na chwili obecnej. Spotykające nas doświadczenia to jednak tylko elementy szerszego planu, który jest przed nami ukryty. Ten plan ma względem na Bóg. Nam przyszło wierzyć Bogu, chociaż sam wiem z doświadczenia, że jest ciężko, że ma dla nas najlepszy plan.   Pozwólmy im zatem swobodnie przepływać, bez oceniania ich i interpretowania w kategoriach „szczęścia” lub „nieszczęścia”. Dzięki takiemu podejściu zachowamy spokój, pokorę i otwartość na lekcje, jakie niesie ze sobą życie, a to one wzmacniają nasza wiarę.

Jest takie opowiadanie autora nieznanego pt. „O ogrodzie Pana Boga”. Był sobie raz ogród zamknięty w ogromnych murach i wzbudzający ciekawość wielu ludzi. Wreszcie, pewnej nocy, czterech ludzi zaopatrzyło się w długą drabinę, żeby zajrzeć, co też tam może być. Kiedy pierwszy z nich dotarł na wysokość muru, zaczął się głośno śmiać i zeskoczył do ogrodu. Wspiął się drugi, zaczął się śmiać i także skoczył w głąb. Podobnie uczynił trzeci. Kiedy przyszła kolej na czwartego, ujrzał z wysokości muru wspaniały ogród z drzewami owocowymi, fontannami, rzeźbami, przeróżnymi kwiatkami i tysiącem innych rozkoszy. Ogromnie silne było pragnienie, by się rzucić w głąb tej oazy zieleni i spokoju, ale przeważyło inne pragnienie: by iść przez świat i opowiadać wszystkim, że istnieje taki ogród i że jest tak piękny. Właśnie taki człowiek prowadzi ludzi do Boga. Kto, ujrzawszy Boga, pragnie podzielić się z innymi tą wieścią, ten pewnego dnia zajmie w tym ogrodzie szczególne miejsce – blisko serca samego Boga. To jest człowiek wiary.

Obyśmy byli takimi ludźmi, którzy potrafią tą wiarą również dzielić się z drugim człowiekiem. Do tego zachęcam zwłaszcza w tym okresie przygotowującym nas do Świąt Bożego Narodzenia.

Zobacz także...
rekoLEKCJE ADWENTowe
4. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię NADZIEJA
20 grudnia 2019
rekoLEKCJE ADWENTowe
3. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię MIŁOŚĆ
20 grudnia 2019
rekoLEKCJE ADWENTowe
1. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię POKÓJ
20 grudnia 2019
rekoLEKCJE ADWENTowe

1. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię POKÓJ

Nowy okres liturgiczny, Adwent rozpoczyna nowy „Rok kościelny”, czyli tzw. „Rok A”. Zmieniamy przy tej okazji rytm i układ czytań, gdzie w większości niedziel usłyszymy Ewangelię św. Matusza, która podana nam do refleksji pozwoli zastanowić się nad własnym życiem. Adwent jest takim szczególnym czasem, gdyż oczekujemy w nim na przyjście Pana. Oczekujemy na Jego narodzenie, bo Adwent poprzedza Boże Narodzenie. Dlatego też rozpoczynamy nasze rekolekcje Adwentowe, których tematem będzie…? Nie odpowiem bezpośrednio na to pytanie, ale poprzez pewne opowiadanie, które stało się dla mnie inspiracją, kiedy przygotowywałem te rekolekcje. Dziękuję od razu za zaproszenie mnie do tej wspólnoty, abym mógł je wygłosić. Autor jest nieznany, ale tytuł brzmi: „Cztery świece”.

Cztery świece spokojnie płonęły. Było tak cicho, że słychać było jak ze sobą rozmawiały. Pierwsza powiedziała: – Ja jestem POKÓJ. Niestety, ludzie nie potrafią mnie chronić. Myślę, że nie pozostaje mi nic innego jak tylko zgasnąć. I płomień tej świecy zgasł.

Druga: Ja jestem WIARA. Niestety nie jestem nikomu potrzebna. Ludzie nie chcą o mnie wiedzieć, nie ma sensu, żebym dalej płonęła. Ledwie to powiedziała, lekki powiew wiatru zgasił ją.

Trzecia: Ja jestem MIŁOŚĆ. Nie mam już siły płonąć. Ludziom nie zależy na mnie i nie chcą mnie rozumieć. Nienawidzą najbardziej tych, których kochają – swoich bliskich. I nie czekając długo i ta świeca zgasła.

Nagle do pokoju weszło dziecko i zobaczyło trzy zgasłe świece. Przestraszone zawołało: Co robicie? Musicie płonąć! Boję się ciemności! I zapłakało.

Wzruszona czwarta świeca powiedziała: Nie bój się! Dopóki ja płonę zawsze możemy zapalić tamte świece. Ja jestem NADZIEJA.

Z błyszczącymi i pełnymi łez oczyma, dziecko wzięło świecę i zapaliło pozostałe świece.

Niech nigdy w naszych sercach nie gaśnie Nadzieja i każdy z nas jak to dziecko, niech będzie narzędziem, gotowym swoją Nadzieją zawsze rozpalić Wiarę, Pokój i Miłość.

Po co zatem te kolejne rekoLEKCJE ADWENTowe?

Wpierw oczywiście znów opowiadanie… Stary rabin leży obłożnie chory. Obok siedzą uczniowie i szeptem rozmawiają. Temat rozmowy: bezprzykładne cnoty mistrza. Do uszu chorego dochodziły strzępy pochwał: – Od czasu Salomona nie było mądrzejszego…” „- A jego wiara? Silna i żywa jak naszego ojca Abrahama…” – „Jego cierpliwość na miarę cierpliwości Hioba…” „- Jego nadzieja? Tylko Mojżesz mu dorównuje…” Rabbi – mimo tych pochwał – był jednak jakoś nie w humorze. Gdy wyszli uczniowie, żona zapytała czy słyszał ten chór uwielbienia? „- W rzeczy samej” – odparł rabbi. „- To, dlaczego jesteś taki markotny?” – chciała wiedzieć troskliwa małżonka. „- Moja skromność!” – użalał się staruszek – „nikt nie wspomniał o niej”.

Rekolekcje te są po to, aby uświadomić sobie skromnie, stając w prawdzie – ale nie jak ten pan z opowiadania, bo chodzi o prawdziwą skromność!!! – tak, dla samego siebie przed Panem Bogiem!!! Czasem, gdzie mogę siebie przed Nim zapytać, gdzie jestem w swoim życiu… i to nie tylko w tym religijnym, ale tym w ogóle. Te rekoLEKCJE ADWENTowe są w dużej mierze wzięte z życia, z naszej codzienności i tzw. „szarego dnia”. Mamy uświadomić sobie kim dziś jesteśmy i czy w tym wszystkim doświadczamy szczęścia, a jeśli nie, to dlaczego? Wtedy dopiero możliwa jest przemiana, gdy „ponazywamy rzeczy po imieniu”. Nie chodzi o wywyższanie się jacy to jesteśmy dobrzy, ani też zdołowanie się jacy to jesteśmy źli, ale przede wszystkim stanięcie twarzą w twarz z Bogiem i powiedzenie mu o naszych wadach, grzech, słabościach i niedomaganiach. Ale także jest to czas, aby ucieszyć się tym, co minęło i jest za nami, co było i co jest, ale także z nadzieją podjeść do tego, co jest naszym planem na przyszłość i co przed nami. Każdy z nas potrzebuje uzdrowienia poprzez powiedzenie Jezusowi, gdzie jest mi smutno, a gdzie jestem szczęśliwy. Życie to jest taka fala: góra-dół, góra-dół… Co chciałbym poprawić, ale także co jest dla mnie źródłem radości? Co chciałbym zmienić, bo jest źródłem mojego smutku i niezadowolenia z siebie samego.

Tak więc tematem naszych rekolekcji będą właśnie: pokój, wiara, miłość i nadzieja. Cztery filary, świece dzięki którym nasze życie jest w światłości i nie ograniają go mroczne dni ciemności. Świece, które pokazują, jak mamy żyć, aby osiągnąć zbawienie i co zrobić, aby być szczęśliwym tutaj na ziemi. To właśnie nim poświęcimy – tym filarom życia, nasze dni rekolekcji przygotowujących nas do Narodzenia Pana Jezusa.

Dzień pierwszy Rekolekcji Adwentowych 2019 – Świeca, której na imię POKÓJ

Dziś, na początku tych rekolekcji w drugą niedzielę Adwentu roku A staje przed nami sylwetka, postać Jana Chrzciciela. Słyszymy dziś o Janie z początku rozdziału trzeciego Ewangelii św. Mateusza (3, 1-12). Sam Jezus powiedział o Janie: „Zaprawdę powiadam wam: między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela”. Ta wielkość wynika przede wszystkim z misji powierzonej mu przez Pana Boga oraz gorliwości i mocy z jaką wypełniał powierzone mu zadanie.

Sam Jan o Jezusie przychodzącym nad Jordan, aby przyjąć z jego rąk chrzest mówi: „Oto Baranek Boży, który głodzi grzechy świat. To jest ten, o którym powiedziałem” Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym”. Jan po wskazaniu na Jezusa jako Mesjasza schodzi, jak gdyby w Jego cień. Umniejsza się, by Jezus mógł wzrastać. Zapewne z tą prawdą związany jest dzień uroczystości narodzenia Jana Chrzciciela obchodzony 24 czerwca. W tych dniach następuje przełom nocy i dnia. Dzień staje się krótszy. Jan, jak gdyby schodzi w cień, aby ustąpić miejsca Jezusowi – prawdziwej światłości.

Dziś Jan wzywa każdego z nas do prostowania dróg swojego życia, do nawrócenia… Wystarczy czasami trochę krytycyzmu względem samego siebie, aby zobaczyć, gdzie i co trzeba zmienić w swoim życiu. Często jest i tak, że zmiana przychodzi niespodziewanie… Jest taka prawdziwa historia… W jednym z domów żyły ze sobą trzy pokolenia. Przedstawicielem najstarszego była babcia – 77 lat, najmłodsze reprezentowały dwie wnuczki, jedna 18 lat, druga 20. Z reguły ksiądz, który tam do nich przychodził, aby dać komunię świętą, zastawał bałagan w domu. Żadne argumenty babci ani rodziców dziewczynek, nie pomagały w tym, aby przekonać je, aby zadbać o porządek. I pewnego razu, ten ksiądz, tak jak zresztą co tydzień przyniósł komunię i… zaniemówił. Zastał zdumiewający ład i porządek. Zapytał: na kogo czekają? Wtedy tato odpowiedział: „Najmłodsza córka się zakochała i odkąd przychodzi jej chłopak, systematycznie robi porządki. Dla niego stać ją na wysiłek, rezygnuje nawet ze swojego długiego snu!

Ta dziewczyna, młoda kobieta przemieniła świat bałaganu, brudu, nieładu, w miły, uporządkowany piękny dom, ale jednocześnie wpierw uporządkowała swój własny świat: uczuć, woli, rozumu, pragnień. Tajemnica nawrócenia polega na tym, że: najczęściej człowiek żyje w bałaganie, jeśli nie żyje dla kogoś. Ten bałagan to nie tylko brud podłogi pokoju czy kuchni, śmieci na biurku, czy szafa, z której wypadają ciuchy, ale przede wszystkim nieład i brud własnego serca. To właśnie nieuporządkowane myśli, postanowienia, zbędne obietnice, przysięgi, żale, obgadywania, zazdrości i grzech numer jeden: pycha, bo porządek wprowadzany przez swój własny egoizm ostatecznie jest wielką klęską człowieka. Wielu ludzi chce się nawrócić, dostrzega swój mały świat, w którym jest im niewygodnie, chcą zarazem przemiany, polepszenia sytuacji, upiększenia, ale… nie mają dla kogo to uczynić. Brakuje im odniesienia, stąd też brak im motywacji i siły, aby cokolwiek zmienić w dotychczasowym życiu.

Istotnym elementem nawrócenia jest odkrycie prawdy, że moje życie ma sens jedynie wówczas, gdy na kogoś czekam, gdy dla kogoś żyję, gdy jestem komuś potrzebny. Chodzi o znalezienie kogoś dla kogo mogę pracować, tworzyć, trudzić się i cierpieć, czyli spalać się jak ta świeca. W ten sposób nawrócili się apostołowie.

Nawrócenie jest procesem, który kształtuje nas przez całe życie. Potrzebny jest ktoś, kto będzie stale przy mnie czuwał i którego będę mógł zapytać: gdzie byłem, gdzie jestem i jakie mam zamiary. Potrzebujemy często wskazówek i znaków…

Jan ukazany jest jako ten, który jest takim znakiem, bo przygotowuje drogę przyjścia Pana. Początek jest bardzo dziwny. Jan bowiem mówi o pustyni, gdzie przecież jest jałowa ziemia, jest to miejsce odosobnienia, opuszczenia, pustki, nicości – miejsce bez życia. Dlatego też w dawnych wyobrażeniach pustynia była miejscem zamieszkałym przez domeny, siły ciemności, zła. Tymczasem Pan Bóg objawia się Izraelowi na pustyni, tam Go spotkali jako Boga żywego, który daje życie – z nicości.

Bruno Ferrero w opowiadaniu: „Skąd się wzięły pustynie” pisze: „Możecie wierzyć albo nie, ale w dawnych, ba w pradawnych czasach, ziemia była całkowicie zielona i świeża niczym liść, który dopiero co się rozwinął. Tysiące potoków płynęło pośród traw, a jabłonie, pomarańcze, wiśnie, cytryny i banany rosły na jednej gałęzi. Lew bawił się z jagnięciem, wszystkie narody, plemiona ludzi żyły w pokoju i nie znały chorób.

Na początku tych czasów Pan Bóg powiedział do ludzi: – Cały ten wspaniały ogród i wszystkie owoce należą do was. Uważajcie jednak, gdyż po każdym waszym złym uczynku ześlę na ziemię ziarnko piasku i pewnego dnia zielone drzewa oraz świeża woda mogą zniknąć i już nigdy nie powrócić.

Przez długi czas pamiętano o ostrzeżeniu Pana Boga i przestrzegano go. Pewnego dnia jednak dwaj Beduini pokłócili się o wielbłąda. Po każdym ich złym słowie, Pan Bóg zrzucał na ziemię ziarenko piasku, tak małe i lekkie, że nikt go nie zauważał.

Szybko jednak za słowami poszły czyny i wiele kolejnych ziarenek spadło na ziemię. Niewielka początkowo kupka piasku powoli rosła i rosła. Wówczas zaciekawieni ludzie zatrzymali się i przyglądali jej. – Co to jest, Panie Boże?

– To jest efekt waszej złości – odpowiedział Pan Bóg -Za każdym razem, kiedy postępujecie niesprawiedliwie, kiedy podnosicie rękę na brata, kiedy kłamiecie i oszukujecie, kolejne ziarenko dołącza do poprzednich. Kto wie, czy pewnego dnia piasek nie pokryje całej ziemi.

Jednakże ludzie zaczęli się śmiać: – Nawet gdybyśmy byli najbardziej przewrotni spośród przewrotnych, miliony milionów lat nie wystarczą, ażeby ten lekki pył zdołał wyrządzić nam szkodę. A poza tym, któż może się wystraszyć odrobiny piasku?

I tak dalej się okłamywali i walczyli ze sobą, naród z narodem, człowiek z człowiekiem, aż piasek całkiem zakrył zielone pastwiska i pola, zasypał koryta potoków i zmusił zwierzęta do długich wędrówek w poszukiwaniu pożywienia. Tak powstała pustynia. Od tamtego czasu ludzie wędrują pomiędzy wydmami, z namiotami i wielbłądami, myśląc o utraconej, zielonej ziemi. Czasami w środku pustyni w marzeniach widują to, czego już nie ma: błękitne jeziora i kwitnące drzewa. Ale są to złudzenia, które szybko znikają: ludzie nazywają je fatamorganą.

Tylko tam, gdzie ludzie przestrzegali prawa Bożego, do dziś są zielone palmy i czyste źródła, a piasek nie może ich pokonać, choć otacza je niczym morze wyspy. Podróżni nazywają je oazami i zatrzymują się, aby znaleźć odpoczynek oraz posilić się, pamiętając zawsze o słowach Pana Boga skierowanych do plemion:

– Nie zamieniajcie mojego zielonego świata w pustynię bez granic.

Myślicie, że dziś pustynie na ziemi się nie powiększają? Na szczęście są również oazy…

Bóg daje im obietnicę narodu wielkiego. Bóg też stwarza świat z niczego. Znak mocy Boga, wskazującego, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. Na tej pustyni przebywał Jan Chrzciciel, tam poznawał Boga, tam przygotowywał drogi Jezusowi (prostował ścieżki dla Niego), wskazywał ludziom, że Chrystus jest oczekiwanym Mesjaszem. Pustynia jest miejscem odosobnienia, miejscem ciszy i spokoju, gdzie każdy z nas może zatrzymać się i zreflektować nad codziennością, czyli życiem, nad ziemią, gdzie przyszło nam żyć. Może dlatego „Ojcowie pustyni” tak chętnie się na nią udawali.

Jesteśmy w czasie Adwentu, szczególnego czasu oczekiwania na przyjście Pana. Jan Chrzciciel jest tym znakiem, drogowskazem na pustyni naszego serca, który wskazuje nam jak „prostować ścieżki, jak prostować drogę do Pana”, jak ułatwić sobie „jazdę na krętych drogach naszego codziennego życia”.
Jan Chrzciciel jest znakiem, znakiem, który mówi:

Uwaga, Stop – zatrzymaj się, nie biegnij na oślep, zastanów się co robisz i gdzie jesteś, w którym momencie swojego życia się znajdujesz?!?
Uwaga, Ogranicz prędkość – zwolnij, nie bierz tylu obowiązków na siebie, nie jesteś maszyną w której wymienia się tylko zepsute lub nie funkcjonujące części!!!
Uwaga, Zakaz wjazdu, niewłaściwa droga – może Twoje postępowanie nie jest właściwe, może nie należy nadal brnąć w miejsca, gdzie nie powinno Cię być?
Uwaga, Dzieci – czy poświęcasz wystarczającą ilość czasu swoim dzieciom?
Uwaga, Daj pierwszeństwo przejazdu – daj szansę drugiemu, aby mógł poczuć się kimś wyjątkowym!!!
Uwaga, Wyprzedzaj bezpiecznie – nie pchaj się łokciami na drodze kariery!!!
Uwaga, Skrzyżowanie dróg – zastanów się, w którą stronę chcesz nadal iść!!!
Uwaga, „Rest area” – Odpocznij!!!, bo godzien jest robotnik swojej zapłaty.

To tylko niektóre znaki drogowe, które często spotykamy na naszych drogach. Jadąc samochodem są te znaki takimi wskazaniami, do których każdy musi się dostosować, aby nie stać się „piratem drogowym”. Te same znaki, gdy przełożymy je na znaczenie codzienności życia, niech dają nam wskazówki jak „prostować ścieżki do Pana”.

Jan Chrzciciel jest znakiem, który informuje nas, że droga do Boga nie jest łatwa, nie jest uścielana płatkami róża, lecz raczej kolcami tych róż, ale za to horyzont i widok w czasie jazdy jest piękny, bo sam cel naszej podróży jest wspaniały. Dlatego warto podjąć trud jazdy naszego życia, wspomagany znakami drogowymi, czyli dla nas są to przykazania Boże (10 przykazań), bo one ukazują nam reguły dzięki którym, będziemy mogli szczęśliwie osiągnąć zamierzony cel, spotkania z Panem Bogiem. Od przestrzegania reguł, naszego postępowania, będzie zależało, czy dojedziemy na miejsce z mandatami (w formie różnych upomnień i weryfikacje przez życie), wypadkami (poobijanym sercem), zardzewiałą karoserią (zniszczonymi nerwami) i brudnymi szybami (brudnym sumieniem), czy też bezpiecznie, bez uszczerbku na zdrowiu dotrzemy do obranego celu. Od nas zależy, czy i w jaki sposób ten cel zostanie zdobyty.

Droga ewangeliczna ma swoje zakola i stromizny. Idziemy nią z innymi. Nie powiększajmy ciężaru ludziom naszej drogi, nie odmawiajmy swojej mądrości, jeśli zbłądzą ani pomocy, gdy będą upadać. Papież Jan XXIII mówił: „Trzeba się uczyć Boga i życia czytając Ewangelię, ale równocześnie trzeba się uczyć Boga i ludzi czytając znaki czasu” To zdanie wciąż jest aktualne. Trzeba je podejmować, trzeba się nawracać.

Właśnie Jan Chrzciciel jest tym, który wzywa do nawrócenia, także zastanowienia się nad swoim postępowaniem i jeśli jest źle, zaleca radykalną zmianę swojego postępowania – do zmiany drogi, która ma to do siebie, że zawsze daje możliwość odwrotu – zmiany obranego złego kierunku. Nasza droga to codzienność, to ten świat, który mamy zmieniać. Jaki jest ten świat? Można powiedzieć krótko za Czesławem Niemenem: „Dziwny…” I chyba taki jest….

Aż trudno uwierzyć, że 26 najbogatszych ludzi świata (multimiliarderów) posiada tyle majątku, co 3,8 miliarda osób z biedniejszej części populacji. Czyli te 26 osób posiada bogactwa prawie połowy całego świata.

Rocznie wydaje się 1 bilion 822 mld dolarów na zbrojenie, co w przeliczeniu na jednego mieszkańca ziemi wynosi 239 dolarów amerykańskich, a przecież zaledwie ok. 20 mld dolarów zapewniłoby edukację wszystkim dzieciom na świecie. Dzienny koszt wyżywienia jednego człowieka w Afryce wynosi 1 dolar amerykański. 11 mln. ludzi na świecie co roku umiera z braku wyżywienia, co daje dziennie liczbę 30 tysięcy osób. Nie mówiąc o analfabetyzmie: na świecie w XXI wieku ludzi, którzy nie umieją pisać ani czytać jest 781 min. Dlaczego tak jest?

Jest takie anonimowe opowiadanie pt. „Mapa świata”: Pewien ojciec pilnował swoich dzieci i starał się je zabawiać, lecz mu się to nie udawało. Była deszczowa sobota i dzieci się nu­dziły. Zaczęły mu grać na nerwach swoją niecierpliwością i ciągłym paplaniem. Mężczyzna wpadł na pewien pomysł. Zdjął z półki czasopismo i zaczął je przerzucać, aż znalazł mapę świata wydrukowaną na jednej kartce. Wydarł tę kartkę z czasopisma i pociął na drobne kawałki. Potem je wymieszał i umieścił stosik na podłodze niczym kawałki układanki.

Następnie wyznaczył swoim synkom zadanie, aby na powrót ułożyli z tych kawałków mapę. Sądził, że to uciszy ich na dłuższy czas. Zostawił ich samych i wyszedł przyrządzić sobie kawę. Wyobraźcie sobie zatem jego zdumienie, gdy wrócił po pięciu minutach i zastał mapę dokładnie i starannie ułożoną.

„- Jak się wam udało ułożyć mapę tak szybko?” – zapytał zaskoczony ich zręcznością. „- To było względnie łatwe” – odparł młodszy z braci. „- Kazałeś nam ułożyć mapę świata. Kiedy zaczęliśmy oglądać kawałki, nie wie­dzieliśmy, od czego zacząć. Wydawało nam się, że nie damy rady tego zrobić. Lecz wtedy zobaczyliśmy, że z drugiej strony jest zdjęcie człowieka. Ułożyliśmy więc człowieka. A potem odwróciliśmy go i ukazał się świat”. „- Tak, tato” – odezwał się drugi z braci. „- To łatwe. Jeśli człowiek jest dobrze ułożony, świat też jest OK”.

Nie ma drogi do pokoju. To pokój jest drogą. Jezus dał wyraz wielkiej miłości do człowieka. Zaskakiwał wręcz swoją dobrocią i miłosierdziem. Wydawałoby się, że jego nauka bliska tak człowiekowi będzie szanowana i przestrzegana. Dziś można stanowczo powiedzieć, że na Dziesięciu przykazaniach Bożych i na przykazaniu: Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego… mamy oprzeć swoje życie, ale jak jest to wiemy nie tylko z doniesień mediów, z TV, Internetu, ale także własnego podwórka., ale mimo to myślę, że warto sobie uświadomić, że jeżeli dzisiaj rano wstałeś z łóżka raczej zdrowy niż chory… Masz większe szczęście niż ponad milion ludzi, którzy nie przeżyją tego tygodnia. Wczoraj urodziło się około 350 tysięcy ludzi, a zmarło ok. 150 tysięcy. W tym roku zmarło ok. 55 mln ludzi.

Jeżeli nigdy nie doświadczyłeś niebezpieczeństw wojny, samotności więzienia, tortur ani głodu, jesteś w lepszym położeniu, niż 700 milionów ludzi na Świecie. Jeżeli możesz chodzić do kościoła bez strachu, nie obawiając się aresztowania, tortur lub śmierci, jesteś szczęśliwszy niż miliard ludzi na tym Świecie. Jeżeli masz dach nad głową ubranie na grzbiecie, jedzenie w lodówce i masz gdzie spać, jesteś bogatszy niż 75% ludzi. Około 27 tysięcy ludzi umiera dziennie z powodu głodu, a ok. 84o mln jest niedożywionych. 805 mln ludzi nie ma dostępu do bezpiecznej wody pitnej. Jeżeli masz pieniądze w banku i trochę drobnych w portfelu, jesteś wśród 8% światowych bogaczy. Jeżeli Twoi rodzice żyją i ciągle są małżeństwem… jesteś wyjątkową rzadkością.

Jeżeli możesz przeczytać tą wiadomość, otrzymałeś podwójne błogosławieństwo: ktoś o Tobie myśli, a co więcej, jesteś szczęśliwszy niż ponad miliard!!! ludzi, którzy w ogóle nie umieją czytać, czyli ok. 1 na 7 osób na świecie. Oczywiście te statystyki w jakiś sposób przerażają. Nie naprawimy świata. Jedyne o co możemy zadbać to o nas samych i tych, którzy są blisko nas, aby im krzywda się nie działa. To jest dziś wyzwanie być blisko tych, których Bóg postawił na naszej drodze. Zwłaszcza dzisiaj, gdy wielu woli spędzać czas przed TV, Internetem, komórką, grami komputerowymi. Szybkość połączenia telefonu i Internetu miało nas wszystkich przybliżać, a jak jest, to wiemy z codziennego doświadczenia. Jesteśmy dziś jak nigdy dotąd pogubieni, jesteśmy w tym świecie pogubieni…

Pewien pan wywiózł kota, bo chciał się go pozbyć, na sąsiednią ulicę. Wraca do domu, a kot siedzi na kanapie. Wywozi go jeszcze raz, ale dalej, bo 10 km od miejsca zamieszkania i wraca do domu, a kot siedzi na kanapie. Zdenerwował się i wywiózł kota do sąsiedniego miasta i za jakiś czas dzwoni przez telefon do żony: „- Jest kot?” Ona odpowiada: „- Tak jest, siedzi na kanapie”. – To daj go do telefonu, bo się zgubiłem”.

Jan Chrzciciel wzywa nas dzisiaj do tego, abyśmy odnaleźli drogę do Boga: „Nawróćcie się… Przygotujcie drogę Panu. Prostujcie ścieżki dla Niego”. Nie dla siebie, ale dla Niego. Pozwólmy Bogu – Jezusowi pomóc dobie. Pozwólmy mu działać w nas. Nawrócić się do Boga to tyle samo, co zakochać się w Nim.

Jesteś małą lampeczką, światełkiem świecy, drżącą pośród niezmierzonego mroku.
Ale stanowisz część Bożego planu. I jesteś niezastąpiony. Ponieważ… nie ma innego planu.

Pracuj, jakbyś nie potrzebował pieniędzy. Kochaj, jakby nikt Cię nigdy nie zranił. Tańcz, jakby nikt nie patrzył. Śpiewaj, jakby nikt nie słuchał. Żyj, jakby to było niebo na Ziemi. Prostujcie drogi Pana, prostujcie ścieżki dla Niego…. na ziemi, na której teraz przychodzi do Ciebie sam Bóg.

Zobacz także...
rekoLEKCJE ADWENTowe
4. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię NADZIEJA
20 grudnia 2019
rekoLEKCJE ADWENTowe
3. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię MIŁOŚĆ
20 grudnia 2019
rekoLEKCJE ADWENTowe
2. Rekolekcje Adwentowe 2019, Świeca, której na imię WIARA
20 grudnia 2019
Close