Kilkanaście lat temu byłem w Toronto, gdzie uczestniczyłem w XVII Światowych Dniach Młodzieży. W tym mieście znajduje się SN Tower, najwyższy na świecie wolno stojący budynek świata. Na szczycie tej wieży znajduje się taras widokowy i obracająca się o 360 stopni restauracja. Można w niej nie tylko dobrze zjeść, ale w czasie jednej godziny podziwiać panoramicznie piękne i nowoczesne miasto. Stojąc na szczycie tego kanadyjskiego miasta człowiek odczuwa w sobie ogromną siłę nie tylko ludzkiego umysłu, ale ludzkiego geniuszu i zdolności technicznej. Może on tam poczuć się wielkim, niezniszczalnym, stwórcą… prawie jak Bóg.

Na terasie widokowym znajduje się kawałek podłogi, która zrobiona jest z przezroczystej płyty o szerokości kilku milimetrów. Może ona utrzymać 14 słoni. Informuje o tym tablica umieszczona obok. Patrząc z boku jak inne osoby stają na tą szybę, każdy stojący obok się śmieje w duchu z ich lękowych reakcji. Kiedy jednak sam ma stanąć na tym miejscu, na tej przezroczystej płycie, widząc pod sobą ponad 500 metrów przepaści, to wtedy automatycznie zaczyna tracić wiarę nie tylko w samego siebie, ale także tych, którzy tą płytę i w ogóle całą konstrukcję wybudowali. Pojawiają się automatycznie narzucające się pytania: A może to wszystko nie wytrzyma? Może płyta akurat pode mną pęknie? – zastanawia się wielu. Pewność i zaufanie nagle zaczyna stopniowo topnieć, a zamienia się w lęk. I tu dotykamy tego, co przeżył Apostoł Piotr, który został zaproszony przez Jezusa do kroczenia za Nim po… jeziorze. Temat odwagi i zaufania nie tylko względnie samego siebie, ale także względem drugiego człowieka, a w szerszym kontekście również zaufania Panu Bogu to istota dzisiejszej Ewangelii Mateusza (14, 22-33).

Piotr zaufał, ale tylko na samym początku. Później jednak, gdy na zewnątrz pojawiły się trudności, kiedy zaczęły napierać na niego niebezpieczeństwa, to jego wiara szybko przeobraziła się w egoistyczny lęk o siebie samego. Pod bacznym okiem Jezusa, Piotr miał w sobie odwagę, aby kroczyć po jeziorze. Gdy jednak pojawiły się dodatkowe elementy takie jak burza, fale, wiatr – symbole zamieszania, niepokojów sytuacji życia i losów człowieka, zmartwień, chorób to wtedy grunt pod nogami Piotra zaczyna się walić. Przestaje sobie ufać. Nie wierzy już tak bardzo w swoje możliwości. I to jest początek jego nieszczęścia.

Podobnie jest i z nami w naszym codziennym życiu. Każdy człowiek przez całe życie zmaga się z wieloma przeciwnościami, które mogą wprowadzić go w stan zwątpienia. W każdym z nas są obecne wady i tylko wiara w samego siebie, w drugiego człowieka, ale przede wszystkim w Pana Boga może tę sytuację kompletnie odmienić. Za każdym razem, gdy się poddajemy, rezygnujemy, przestajemy walczyć, kiedy mówimy: nie chce mi się, nie potrafię, boję się, to w tym właśnie momencie oddajemy się w ręce wady, która jest w nas samych. Mamy tego świadomość i to w nas jeszcze bardziej pogłębia bezradność i przygnębienie. Wada bowiem w tym momencie otrzymuje „sojusznika” i odnosi kolejne zwycięstwo. Jakie jest wyjście z tego stanu?

W czasie sztormu, początkujący żeglarz wspinał się po raz pierwszy na maszt. Wpatrzony w niebo swobodnie zdążał do celu. Jednak w połowie drogi zatrzymał się i popatrzył w dół. Zobaczył rozszalałe morze i fale wdzierające się na pokład łodzi. Ten widok wypełnił jego serce paraliżującym lękiem. Nie mógł ruszyć ani ręką, ani nogą. Jego ciało stanęło i nie mogło zrobić najmniejszego ruchu. Widząc to, jeden ze starszych żeglarzy krzyknął: „Patrz w niebo! Patrz w niebo!” Młody marynarz posłuchał rady starszego kolegi i szczęśliwie wspiął się na szczyt masztu.

Osobiście sam przeżyłem podobną sytuację w swoim życiu dwa razy, kiedy to samo uczucie lęku o którym była mowa w tej historii o marynarzu. Raz, kiedy wchodziłem po drabinie na wieżę kościoła, mając przepaść po lewej i po prawej stronie (ok. 20 metrów). A drugi raz, kiedy w tym samym kościele (Kościół M.B. Starowiejskiej, Stara Wieś), gdy przechodziłem wewnątrz po gzymsie o szerokości jednej cegły, aby zawiesić nad ołtarzem ogromny ekran, by ludzie mogli obejrzeć religijny film. To stare czasy z nowicjatu zakonnego. Pamiętam jednak doskonale jakby to było jeszcze dziś, ten paraliż nóg, które jak z ołowiu nie chciały się ruszyć nawet o centymetr. Odmawiały posłuszeństwa w poruszaniu się do przodu. Lęk zrobił swoje, bo wypełnił całe moje serce, ciało, nogi, ręce, umysł. Doświadczyłem wtedy tego, że człowiek widzi wszystko dookoła siebie wg tzw. „czarnego scenariusza”. Film katastroficzny, tragedia i dramat sytuacji, które mogą się wydarzyć w bardzo szybkim czasie kreśli kontury opowieści w której to my jesteśmy głównymi tragi bohaterami. Widzi się świat przez „czarne okulary” beznadziei, tragedii i smutku. Wpada się w pętle natarczywych myśli, które podpowiadają tylko jedno zdanie: nie ma ratunku, nie ma nadziei…

Nasze życie często podobne jest do żeglowania, kroczenia po gzymsie czy drabinie, gdzie przepaść i otchłań czeka na nas z jednej lub z drugiej strony. Gdzie wiatr wieje w oczy, a serce wypełnia beznadzieja i lęk. Chmury nie pozwalają nam dostrzec żadnego światła. Wtedy właśnie najbardziej potrzebujemy słów tego doświadczonego marynarza: „Patrz w niebo! Patrz w niebo!”

Piotr póki wpatrywał się w Chrystusa to bezpiecznie szedł po jeziorze, gdy jednak zaczął za bardzo ufać swoim możliwościom, wtedy zaczął tonąć. Dlatego potrzeba nam wiary we własne możliwości, ale przede wszystkim wiary w Chrystusa, który pokazuje nam, jak wszelkie codzienne przeciwności możemy przezwyciężyć. To on nam mówi każdego dnia: „Odwagi! Ja jestem z Wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata. Nie bójcie się”!

Mt 14, 22-33

Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał.

Łódź zaś była już o wiele stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli.

Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!»

Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!»

A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, podszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!»

Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?»

Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: «Prawdziwie jesteś Synem Bożym».