Dzisiejsza Ewangelia Świętego Jana (1, 6-8.19-28) zatrzymuje nas nad słowami-pytaniami, które kierują do Jana Chrzciciela kapłani i lewici. Pytają oni poczciwego Jana: Czy jesteśmy Mesjaszem? Eliaszem? A może jednym z proroków? Chcą zatem wiedzieć kim jest człowiek, który „chrzci wodą”. Chcą wiedzieć: z kim mają do czynienia i z kim rozmawiają? Te informacje zbierają dla Żydów, którzy ich wysłali akurat w to miejsce, gdzie święty Jan zapowiada przyjście Chrystusa, po drugiej stronie Jordanu, gdzie udzielał chrztu.

Odpowiedź Świętego Jana ukazuje pewną surowość życia, jakie on prowadził: „Ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała”. Daje tym znać, że jest nikim wobec tego, który ma przyjść. W tych słowach jest też powaga, nie ma pustosłowia i wreszcie nie ma pewnej schizofrenii, która dziś jest tak modna w tym co się głosi, a tym co się czyni. Taką cechę można akurat zarzucić faryzeuszom, którzy jak wiemy na zewnątrz byli „political correct” (politycznie poprawni), a w środku trawił ich „grzyb grzechu”: nienawiść, zbytnia ciekawość i szukanie skandali i sensacji, oraz zazdrość, a także szereg innych grzechów, których lista była długa. Byli jak groby: piękne i przyozdobione na zewnątrz, a w środku puści i nic nie warci.

Dla Jana Chrzciciela zgodność tego co głosił z tym co czynił była bardzo ważna. Nadawało to wiarygodności temu, co głosił. Nie można mu było zarzucić dwulicowości.

Kiedyś Jean-Baptiste Massilion słynął właśnie z bardzo surowych kazań i tego, że był wymagającym duchownym, ale z natury człowiekiem wesołym. Poza kościołem stawał się bardzo skłonny do żartowania. Jeden ze znajomych wyznał mu któregoś dnia: – Moralność, którą ksiądz głosi z ambony przeraża mnie! Na szczęście sposób życia księdza przewraca mi spokój ducha.

W naszym życiu i każdego człowieka powinna być zgodność i równowaga tego co się głosi z tym, co się czyni. Jeśli nie ma tej zgodności, to wtedy przestajemy być wiarygodni, prawdziwi i autentyczni nie tylko dla innych ludzi, ale z biegiem czasu także tracimy zaufanie do samych siebie. W czym ta niezgodność ust i postępowania się objawia? Przede wszystkim w kłamstwach, oszczerstwach, oczernianiu innych, byciu nieszczerym, kombinowaniu jak powiedzieć tak, żeby w sumie nic nie powiedzieć, odgadywaniu, podkopywaniu pod kimś dołków.

Każdy człowiek błądzi i potyka się, konfrontując się twarzą w twarz z życiem i codziennymi sprawami, które często prowadzą do napięć. Ale warto zawsze się pytać samego wsiebie: Na ile ja sam przykładam do tego rękę? To jednocześnie odpowiedź na pytanie: kim jestem?

Słowa Jezusa wzywające do pokuty i zatrzymania się, a także pewnej konfrontacji tego co się mówi, z tym, co się czyni, są ostre i wymagające. I zapewne słucha się ich z pewnym niepokojem, tak jak jeden mnich w konfrontacji ze swoim opatem…

Jest to ciekawa historia o tym jak w przedpokoju opata Gariep’ego znajdowały się symbole czterech ewangelistów: jagnię, lew, wół i osioł. Pewien brat został wezwany, gdyż należało udzielić mu reprymendy. Wychodząc po rozmowie, spotkał on jednego ze swoich współbraci  I powiedział:

– Trudno doprawdy o właściwsze symbole do tego przedpokoju…
– A to czemu? – spytał tamten.
– Bo człowiek wchodzi tam niewinny jak jagnię, słyszy ryk lwa, stoi osłupiały jak wół i umyka z szybkością orła…

Zapewne nie było w zamierzeniu Świętego Jana Chrzciciela, abyśmy poczuli się jak ten mnich, ale trzeba powiedzieć jedno,  że nie wolno nam zatrzymywać się tylko na słowach, pomijając ich zgodność z czynami i odwrotnie: działać, nie głosząc tego co robimy słowami…

Jeśli między słowem a czynem jest niezgoda, a tylko fikcyjna fasada, życie tylko na pokaz, to bycie chrześcijaninem nie będzie nas cieszyło, ale ciągle przyciągało coraz to nowe bóle i udręki.

Chrześcijaństwo jest religią wymagającą! To prawda, ale zarazem religią radości i miłości. Mamy radować się nawzajem tak, jak Bóg nas umiłował. On przecież stworzył nas na swój obraz i podobieństwo. Stworzył świat w którym żyjemy i stworzył ludzi, którzy są wokół nas. Wiele jest wśród nas nowości i nowinek. Co roku w naszych domach jest coraz więcej wygód, ale za to mniej szczęścia i radości. Czy to nie jest dziwne? I zarazem paradoksalne… Jest to dowód na to, że ludzie szukają szczęścia i radości tam, gdzie znaleźć ich nie można.

Prawdziwe szczęście i radość nie polegają na byciu bogatym, posiadaniu wysokiego konta w banku, luksusowego samochodu czy wygodnie urządzonego domu. Są to rzeczy, które powinny nam tylko służyć do celu dla którego zostaliśmy stworzeni: dla nieba. Wielu jest bogatych, ale zarazem bardzo smutnych i nieszczęśliwych. A często wystarczy cieszyć się z tego, co już się ma. A jest to dziś sztuka! Bądźmy zatem każdego dnia artystami i celebrantami życia!

J 1, 6-8. 19-28
Pojawił się człowiek posłany przez Boga – Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz został posłany, aby zaświadczyć o światłości.

Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: «Kto ty jesteś? », on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: «Ja nie jestem Mesjaszem».

Zapytali go: «Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem?» Odrzekł: «Nie jestem». «Czy ty jesteś prorokiem?» Odparł: «Nie». Powiedzieli mu więc: «Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie?»

Powiedział: «Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak rzekł prorok Izajasz». A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. i zaczęli go pytać, mówiąc do niego: «Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?» Jan im tak odpowiedział: «Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała».

Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu.