Każdy z nas na coś czeka. Dziecko czeka na chwilę, gdy będzie mogło nacieszyć się obecnością rodziców; młody człowiek oczekuje chwili, gdy zacznie być rozumiany przez dorosłych; dorośli mają tych oczekiwań jeszcze więcej: jedni czekają na awans społeczny, drudzy na własny dom, podróże; rolnik czeka na większe zbiory; robotnik oczekuje prawdziwego dowartościowania swojej pracy – poprzez np. podwyżkę płacy; naród, że będzie mógł żyć w pokoju, i bezpieczeństwie. Tylu ludzi na coś czeka nauczeni przez czas i historię, że czekanie nie zawsze przynosi oczekiwany efekt. Żyjemy w niepewności jutra, często zatęsknieni o swój byt, marzymy za czymś, co może wypełnić ludzkie serca, które są zniecierpliwione.

Jedna z rodzin była zachwycona Ameryką, a zwłaszcza ich dziesięcioletnia córeczka, która od razu uznała, że wszystko, co amerykańskie jest nie tylko najlepsze, ale wręcz doskonałe. Wszystko można dostać, co się pragnie, nie czekając na to, bo otrzymuje się to od razu. Pewnego dnia sąsiadka powiedziała jej, że spodziewa się dziecka, więc mała Marysia poszła do domu i zażądała informacji, dlaczego ona też nie może mieć teraz dziecka. Jej matka próbowała jej wyjaśnić problemy życia na ziemi i min. Powiedziała córeczce, że zanim dziecko pojawi się na świecie, to potrzeba na to… 9 miesięcy. „Trzeba czekać” – powiedziała z uśmiechem do Marysi. Na to ona, otworzyła zdziwione oczy i wykrzyknęła z oburzeniem: „Ależ mamo!!! Zapominasz, że tutaj jest Ameryka!!! Tu się nie czeka, tu się ma wszystko od razu!!!”

I to w sumie jest jakoś prawdą, że nadeszły takie czasy, że często nie zastanawiamy się już  nad tym, że inaczej dzisiaj pojmujemy takie słowa jak: oczekiwanie, przestrzeń czy czas. Nie lubimy dzisiaj czekać, bo chcemy mieć wszystko od razu. Od razu pragniemy wiedzieć co będzie za chwilę, już zaraz, za moment, za sekundę, a nie za godzinę, czy nie daj Boże jutro, czy za rok. Nie interesuje nas początek, tylko samo działanie. Jesteśmy wciąż zniecierpliwieni, nerwowi, rozproszeni, chaotyczni i niepoukładani. Zapominamy o tylu sprawach, które jeszcze wczoraj wydawały się być tak ważne.  Dziś wiele z nich nas już nie interesuje i nudzi. A wszystko na tym świecie ma swój początek i koniec. Wszystko ma swój czas, który jest dany nam od samego Boga.

Wkraczamy w Adwent, tzn. taki czas, który jest oczekiwaniem, ale nie na coś, tylko na Kogoś, bo na przyjście Pana. Oczekiwanie to jest jakże inne od pozostałych. Tamte są oczekiwaniem w niepewności, a to jest pełne nadziei i czasem wielkiej, ale zarazem cichej radości. Przyjście Pańskie to nie tylko Boże Narodzenie jako pamiątka wydarzenia, ale przede wszystkim przyjście Boga do człowieka w ogóle – w łasce, w codziennym krzyżu, i w bliźnim, który potrzebuje i oczekuje naszej pomocy; to także Sakramenty, a zwłaszcza Eucharystia.

Potrzebne jest nam Przyjście Pana, bo często jesteśmy w ciemności. Wciąż zadajemy pytania i nie mamy odpowiedzi na podstawowe pytania dla naszego życia na ziemi. Ziemia, na której mieszka człowiek jest pełna nieszczęść, tragedii, kataklizmów i cierpienia. Niestety dzieje się tak z winy samego człowieka. Na całym świecie mamy tyle głodu, zabijania, okrucieństwa i nienawiści. I tu nie wystarczy tylko tęsknić i wyczekiwać, że kiedyś może będzie lepiej. Tę rzeczywistość, która nas boli trzeba przemieniać, trzeba ją inaczej kształtować. Trzeba zrozumieć obecną chwilę, bo „teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu. Teraz bowiem jest bliżej nas niż wtedy, gdyśmy uwierzyli”.

Trzeba zatem powstać ze snu w jakim żyjemy. Trzeba powstać z codzienności, rutyny, przyzwyczajeń, bezmyślności i lenistwa, ale przede wszystkim otrząsnąć się z leku, który nas paraliżuje i nie daje energii do życia. Trzeba ponownie uwierzyć we własne umiejętności, talenty i predyspozycje.

Kiedyś bardzo pobożny człowiek znalazł się w trudnej sytuacji i zaczął się modlić w następujący sposób: „Panie, przypomnij sobie te wszystkie lata, kiedy służyłem ci najlepiej jak tylko potrafiłem, o nic nie prosząc w zamian. Teraz, gdy jestem stary i zrujnowany, proszę Cię o przysługę, pierwszy raz w życiu i wierzę, że minie odmówisz: proszę Cię, pozwól mi wygrać na loterii…”

Miały dni, potem tygodnie i miesiące, ale nic się nie stało. W końcu po roku zrozpaczony krzyknął pewnej nocy: „Dlaczego nie dajesz mi szans Boże?!?” I nagle z oddali usłyszał głos Boga, mówiącego: „To ty mi daj szansę. Czemu nie kupisz wreszcie kuponu na loterię!”

Ta krótka, ale jednocześnie też zabawna historia nie zaprasza nas do grania w ruletkę, czy inne gry związane z hazardem, chociaż od czasu do czasu przecież zawsze można zagrać, by sprawdzić swoje szczęście. Byleby uważać, bo można w tym zatracić siebie. Ale ta historia zachęca nas przede wszystkim do powstania ze snu, w którym żyjemy. Zachęca do powstania z kanapy i wyjścia z naszego małego świata, a jest nim rutyna, przyzwyczajenia, bezmyślność i lenistwo, a także beznadziejność i lęk, o którym była już wcześniej mowa.

Pewne małżeństwo wybrało się na wieczorny spacer po Nowym Yorku. Nagle natknęli się na stację transformatorów, pracujących z cichym brzęczeniem. Kobieta zamyśliła się: – „Popatrz, mieszkamy tak niedaleko, a nawet nie wiedzieliśmy, że coś takiego jest tutaj…” Z niektórymi ludźmi jest podobnie – po cichu wykonują swoją pracę: naprawiają buty, nalewają benzyny do baku, strzygą i czeszą włosy, uczą dzieci. Tak jak dzięki elektrowni może funkcjonować miasto i okolice, dzięki takim niepozornym ludziom funkcjonuje świat.

Stara judeochrześcijańska tradycja mówi: Bóg posyła każdego na ten świat ze szczególnym posłaniem, specjalną pieśnią do śpiewania innym, aktem miłości do ofiarowania. Nikt inny nie może przekazać mojego przesłania, zaśpiewać mojej pieśni, ofiarować mego aktu miłości – to mnie powierzono to zadanie. Zgodnie z tą tradycją przesłanie może zostać wygłoszone, pieśń zaśpiewana, miłość ofiarowana jedynie kilku osobom albo wszystkim ludziom w małym miasteczku, wszystkim mieszkańcom wielkiego miasta, albo nawet całemu światu. Wszystko zależy od Bożego zamysłu względem danego człowieka. Możemy jeszcze dodać: Największym darem Bożym – można mniemać – jest dar życia. Największym z ludzkich grzechów – jak się zdaje – byłoby zwrócić ten dar niewdzięcznie i bez otwierania.

Starożytni Rzymianie mieli wiele głębokich i mądrych powiedzeń. Jedno z nich brzmiało: „Cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i patrz końca”. Dziś wielu z nas robi wszystko, by życie było na tzw. luzie w głębokiej beztrosce. Niejednokrotnie żyjemy tak, jakby tu na ziemi było nasze ostateczne miejsce. Jakbyśmy nigdy nie mieli stąd odejść. W sumie nic nowego, bo już za czasów Noego pojawiła się ta rutyna, która zakrywała przed człowiekiem nieubłagany upływ czasu. O tym przypomina Jezus: „Za dni Noego jedli, pili, żenili się…”. Okazało się, że tylko jeden człowiek wyzwala się w porę: „Noe wszedł do arki”. Lecz inni nadal żyli tak samo i „nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich”.

Rutyna nas pochłania i wtedy uciekają nam sprzed oczu te wszystkie wydarzenia, których moglibyśmy być autorami. Lenistwo zarówno w życiu duchowych, jak i w codziennym zaangażowaniu w naszych codziennych obowiązkach kradnie nam szczęście. Często właśnie wtedy szukamy winnych zaistniałej sytuacji. Zaczynamy mieć pretensje do Boga, do drugiego człowieka. Jakoś nigdy do samego siebie. Przesypiamy nasze życie mając żal do wszystkich i do każdego. Zapominamy wtedy stare przysłowie, że „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz…”.

Pewien człowiek zadzwonił kiedyś do pastora i powiedział, że chciałby należeć do jego parafii. Zaznaczył jednak, że nie chce uczestniczyć w niedzielnych Mszach, być lektorem podczas nabożeństw, studiować Biblii, odwiedzać chorych ani pomagać przy zajęciach religii. Pastor pochwalił jego chęć przyłączenia się do parafii, ale powiedział, że odpowiedni dla niego kościół znajduje się w innej części miasta. Mężczyzna zapisał sobie adres i odłożył słuchawkę. Kiedy przybył pod wskazany adres, stanął w obliczu logicznej konsekwencji swojego podejścia do sprawy. Wznosił się tam opuszczony kościół i kilka innych budynków przeznaczonych do rozbiórki….

Stajemy kolejny raz u progu nowego Adwentu i nowego roku liturgicznego. To nowa szansa, by coś przemyśleć, zweryfikować, zastanowić się i … zacząć od „nowa”. Każdy z nas jest odpowiedzialny za swoje życie i każdy będzie indywidualnie rozliczony, przede wszystkim ze swojego zaangażowania, także w stosunku wobec swojej wspólnoty kościelnej do której należy. Czas do działania jest już teraz, bo nie wiemy, w którym dniu Pan Nasz przyjdzie… /Mt 24,37-44/ i będzie chciał zdania relacji ze swoich postanowień i konsekwencji wyborów.

Wiele lat temu pewna kobieta poszła do lekarza z całą listą dolegliwości. Lekarz zbadał ją dokładnie i przekonał się, że pod względem fizycznym wszystko z nią jest w porządku. Przypuszczał, że to jej negatywne podejście do życia – zgorzknienie i zadawniona uraza -powodują jej złe samopoczucie. Mądry lekarz zaprowadził ją na zaplecze, gdzie trzymał niektóre lekarstwa. Wskazując na półkę z pustymi butelkami powiedział: – Widzi pani te butelki? Wszystkie są puste. Mają różne kształty, ale w gruncie rzeczy są do siebie podobne. A najważniejsze, że nic w nich nie ma. Mogę wziąć jedną z nich i napełnić trucizną – wystarczającą jej ilością, by zabić człowieka. Ale mogę wlać do niej dość lekarstwa, by obniżyć gorączkę, uśmierzyć pulsujący ból głowy, zwalczyć zarazki w jakiejś części ciała. Istotne jest to, że sam podejmuje decyzję. Mogę napełnić ją, czym zechcę. Spojrzał kobiecie w oczy i dodał: – Każdy dzień, jaki jest nam dany, w gruncie rzeczy przypomina taką pustą butelkę. Można wypełnić go miłością i pozytywnym nastawieniem do życia, albo też destruktywnymi, zatruwającymi życie myślami. Wybór należy do nas. A co wy wybierzecie? Pozytywne, leczące, przychylne życiu myśli? Czy też sączący się jad gniewu, rozgoryczenia i uprzedzeń? Wybór należy do was!!!!

Wchodząc z wiarą, nadzieją i miłością w ten nowy rok liturgicznych, prośmy dla nas o siły w nadchodzących dniach, aby przeżycie przyjścia na świat Zbawiciela dawało moc w podejmowaniu trudu i kroczenia naszą codzienną ścieżką życia. Abyśmy wybierali każdego dnia trud bycia dobrym człowiekiem.

Mt 24, 37-44

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona.

Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. a to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o jakiej porze nocy nadejdzie złodziej, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie».