„Życie jest bankietem. Tragedią tego świata jest, że większość umiera w nim z głodu. Naprawdę tak uważam” – pisze Anthony de Mello. Opowiada on też taką historyjkę o „ludziach płynących na tratwie u wybrzeży Brazylii i umierających z pragnienia. Nie mieli pojęcia, że płynęli po wodzie zdatnej do picia. Rzeka płynęła do morza z taką siłą, że jeszcze kilka mil w głąb oceanu można było pić słodką wodę. Nie wiedzieli o tym. W taki sam sposób my pływamy po oceanie pełnym radości, szczęścia i miłości, którego nie dostrzegamy, bo jesteśmy uprzedzenie, zaprogramowani, zaślepieni w swoich przyzwyczajeniach”. 

I faktycznie, gdy dziś przyglądamy się bliżej fragmentowi Ewangelii św. Łukasza, to widać jasno ogromne uprzedzenie do Jezusa ze strony ludzi, którzy Go słuchali. Mówili oni: „Czy nie jest to syn Józefa?”. To ich pytanie sugeruje od razu, że ci ludzie mieli pewną urobioną opinię o Jezusie. W ich oczach nie mógł być Mesjaszem, ale zwykłym synem cieśli. Zatem, cokolwiek by On im nie powiedział, to nie miało dla nich wielkiego znaczenia. Tym bardziej nie mieściło im się w ich głowie, że Jezus jest synem samego Boga. Słowa, które jednak słyszeli od Jezusa były jednak na tyle mocne, gdyż poruszyły ich do takiego stopnia, że w pewnym momencie: „porwali Go z miejsca, wyrzucili z miasta i wyprowadzili aż na stok, aby Go (z niego) strącić”. Ich gniew był tak ogromny, że pociąga ich do bezwzględności, wręcz nienawiści. Łukasz dwukrotnie pisze „Go”, żeby nie było wątpliwości kogo tak bardzo znienawidzili. Ich zachowanie było nieludzkie.  

Kiedyś – zmarły już angielski aktor filmowy – Michael London (1936-1991), znany może z takich seriali jak Bonanza czy Droga do nieba, wracał pewnego piątkowego popołudnia do swojego domu, jadąc samochodem po niezwykle zatłoczonej autostradzie. Było tego dnia bardzo gorąco i duszno. Temperatura dochodziła do 40 stopni C. Na dodatek na drodze utworzył się potężny, kilkumilowy korek, tak że samochody stały w miejscu, albo jeśli już, to poruszały się bardzo wolno. Atmosfera wśród kierowców była bardzo napięta, wręcz okropna. Trąbili na siebie, wyzywali wzajemnie, posyłając przez otwarte okna, co już w kierunku innych kierowców jakieś nieprzyjemne, bardzo grubiańskie słowa i przekleństwa. 

Widząc to wszystko Michael zaczął się zastanawiać, dlaczego jest wszędzie tyle nieuprzejmości, złości, gniewu? Dlaczego ludzie potrafią się tak szczerze bardzo nienawidzić? Dlaczego tak wiele ludzkiej energii marnuje się na złość, wściekłość czy nienawiść? A gdyby ludzie wykorzystali tę energię w kierunku uprzejmości, szacunku, miłości? Nagle rozświetliła jego umysł następująca myśl: Dlaczego nie nakręcić serialu filmowego poświęconego idei dobra, wzajemnego zrozumienia, szacunku, uprzejmości? Przecież dobro i uprzejmość, a nie złość jest rzeczywistą odpowiedzią na wszystkie problemy naszego życia. W tym momencie zrodziła się w umyśle aktora idea przepięknego serialu telewizyjnego, pt. Droga do nieba. Każdy odcinek tego serialu zachęca ludzi do okazywania sobie wzajemnie szacunku i uprzejmości. 

Tego właśnie szacunku i uprzejmości zabrakło wobec Jezusa, bo słowa, które usłyszeli ci słuchający Go ludzie, mocno ich zabolały i zarazem bardzo mocno wstrząsnęły ich życiem. Ja bym raczej powiedział ich uprzedzeniami czy zaprogramowaniem, przyzwyczajeniami, czy też nawykami, które mieli wobec Jezusa. „Przeskoczenie” na inny poziom myślenia jest nieraz bardzo trudne. Jest taki kawał pt. Pingwiny w samochodzie, który to ilustruje: „Na stację benzynową podjeżdża samochód. Pan obsługujący pompę, w czasie nalewania paliwa, zauważył na tylnym siedzeniu auta… dwa pingwiny. Wielce zaskoczony pyta od razu kierowcę: „- Co u pana w aucie na tylnym siedzeniu robią dwa pingwiny?”. „- Znalazłem je i nie wiem do końca, co mam z nimi zrobić!”. „- Koniecznie powinien pan je zawieźć do ZOO!”. Następnego dnia ten sam samochód z właścicielem pojawia się na tej samej stacji benzynowej, a na tylnym siedzeniu tego auta nadal siedzą te same pingwiny. Pracownik stacji mówi: „- Myślałem, że zabrał je pan do ZOO?”. „- Tak, zabrałem. Spędziliśmy tam wspaniały dzień, a dziś jedziemy do kina…”.   

Tak jest też w życiu z każdego człowieka. Każdy z nas takie nawyki, przyczajenia czy schematy posiada. Trudno nam bardzo zobiektywizować czyjeś położenia w której dany człowiek się znalazł. Wczuć się w to położenie tak, że gdybym sam był w podobnej sytuacji, to postąpiłbym był tak samo. 

Kiedyś starsza pani jechała samochodem i na skrzyżowaniu dróg w momencie zmiany świateł z czerwonych na zielone zgasł jej silnik. Kobieta robiła, co tylko mogła, by ponownie go odpalić. Ale niestety kilka prób zakończyło się porażką. Kierowca, który stał za nią, bardzo zniecierpliwiony zaczął trąbić na nią klaksonem dając wyraz swoim nerwom i zniecierpliwieniu. I im bardziej ta kobieta chciała odpalić ten silnik własnego auta, tym więcej ten pan używał swojego klaksonu. Trąbił wkrótce nieustannie. Trwało to jakąś chwilę, i gdy kobieta poczuła bezradność wobec swojego auta, wyszła z niego, podeszła do niegrzecznego mężczyzny i powiedziała ze spokojem: „Jeżeli będzie pan na tyle uprzejmy, aby zapalić mój samochód, to ja w tym czasie będę naciskać klakson pana samochodu”. 

Bardzo często pomocnym elementem w przezwyciężaniu naszych przyzwyczajeń czy uprzedzeń jest zamienienie się, czy inaczej wczucie się w sytuację osoby, którą mam naprzeciw siebie. Niestety te uprzedzenia niszczą nasze społeczne życie. Jest takie opowiadanie ks. Kazimierza Wójtowicza CR, pt. O siekierze i złodzieju. Otóż „pewnemu człowiekowi zginęła siekiera. O kradzież posądził natychmiast syna sąsiada. Obserwując go dokładnie, doszedł do wniosku, że jego chód, wzrok, wszystko, co robi, wskazują, że to właśnie on ukradł owa siekierę. Po jakimś czasie człowiek ten znalazł swoją siekierę pod stertą drzewa. Następnego dnia spotkał syna sąsiada: jego chód nie był już chodem złodzieja, jego wzrok nie był wzrokiem złodzieja, nic nie wskazywało, aby mógł on ukraść siekierę”.   

W duchowości ignacjańskiej, czyli Ignacego Loyoli, w jego Ćwiczenia Duchownych jest takie bardzo trudne słowo: Praesupponendum. Jego znaczenie bardzo dobrze opisuje Bartłomiej Brzóska SJ. Pisze on tak (podaje tylko fragmenty jego tekstu): „To trudne do przeczytania i wypowiedzenia łacińskie słowo jest jednym z najpiękniejszych sposobów stawania się podobnym do Jezusa. Ta zasada „Ćwiczeń Duchownych” znaczy tyle, co uratować wypowiedź bliźniego [ĆD 22]. Chodzi w niej o to, żeby postarać się wczuć w sytuację i sposób myślenia drugiego człowieka – po to, żeby go niesprawiedliwie nie osądzić za jego wypowiedź lub sposób zachowania. Bo być może ta osoba jest dobra i ma dobre intencje, tylko w zły lub źle zrozumiany sposób je realizuje. Albo ja w zły sposób odczytuję przekaz drugiego. Ignacy podpowiada nam, żebyśmy byli podobni do Jezusa – pełni miłości i życzliwości dla innych. Fundamentem Ewangelii oraz „Ćwiczeń duchowych” jest pragnienie Jezusa: by ocalić wszystkich ludzi i doprowadzić do zbawienia, nawet największych grzeszników. Nie ma takiej osoby na świecie, która byłaby z tego wykluczona. 

Kolejnym krokiem praesupponendum jest życzliwe zwrócenie komuś uwagi. Nawrócenie bliźniego możliwe jest czasem tylko dzięki pokazaniu mu własnego życia jako świadectwa podążania za Jezusem. Trzeba jednak wówczas rzeczywiście chcieć dobra tej osoby. Gdy będziesz kochać, zobaczysz w swoim życiu cuda. Jeżeli nie zależy ci na kimś, komu chcesz zwrócić uwagę, lepiej w ogóle tego nie rób.

W czasie swojej ziemskiej działalności Pan Jezus łamał wszelkie schematy myślenia. Bo ludzi kochał, a nie osądzał. Jego rozbrajająca miłość do człowieka i każdego stworzenia sprawiała, że ludzie chcieli z Nim być. Chodzili za Nim, ponieważ dostawali od Niego to, czego przez całe życie szukali – miłość i akceptację. Było to dla nich bardzo dziwne, bo nie przystawało do ich doświadczenia życiowego. Nadal nie przystaje, bo mentalnością tego świata nie jest takie kochanie, które prowadzi aż do oddania życia za drugiego człowieka. A to właśnie zrobił Pan Jezus. I do tego nas wzywa jako swoich naśladowców[1].

Wczucie się w sytuację drugiej osoby nie jest łatwe, a zwłaszcza tam, gdzie na pierwszy planie są przedstawiane tylko nasze racje, a dopiero później, na samym końcu drugiej osoby. Z czego to wynika? Wygoda, egoizm, brak pracy nad sobą. Tak, ale Anthony de Mello dodaje, że w większości z lenistwa duchowego, czyli z pewnego zaprogramowania, czy też właśnie uprzedzeń, uwarunkowań, które wypracowaliśmy w sobie przez lata. Często też i z wmówienia sobie, że tak jest najlepiej, bo tak zawsze było i nie przyjdzie nam do głowy, że może być inaczej. Podaje on na to przykład o rozmowie dwóch mężczyzn: „- Henry, jak się zmieniłeś! Byłeś kiedyś taki wysoki, a teraz jesteś taki niski. Byłeś tak dobrze zbudowany, a teraz stałeś się też szczupły. Byłeś blondynem, a teraz włosy ci ściemniały. Co się stało Henry?”. „- Ja nie jestem Henry, jestem John!” – odpowiada mężczyzna. „- Och i do tego zmieniłeś też imię!?!”. 

Trudno mi wierzyć, że można przemieniać świat radością, optymizmem, grzecznością, uprzejmością, nadzieją, wiarą czy miłością, jeśli sami na co dzień nie będziemy autorami tego wszystkiego i nie będziemy doświadczać tez tego od innych ludzi. Bo trudno być grzecznym i uprzejmym, jeśli tak jak ta pani w samochodzie doświadczyło się niegrzeczności, niecierpliwości, żalu czy wzgardy. Później, najprawdopodobniejszą reakcją w podobnej sytuacji będzie właśnie ten symboliczny „dźwięk klaksonu”, wzburzenie, niepotrzebne słowa. Tak zło zbiera swoje owoce. 

Aby tak nie było, potrzebna jest – to podaje nam św. Paweł w Liście do Koryntian (13, 4-5), gdzie daje receptę na nasze uprzedzenia. Są nimi wiara, nadzieja i miłość. Z tym, że miłość dla niego jest najważniejsza. Jaka ona powinna być, to czytamy: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma”.

Warto zatem poświęcić tej miłości „trochę” czas, aby nasze uprzedzenia niszczyć w zarodku, aby z za zasłony nieuprzejmości względem drugiej osoby zobaczyć ją taka, jaka jest, bo stworzona przez Boga z miłości i do miłości, której każdy z nas oczekuje, ale może też nią się dzielić. Nicholas Sparks napisał: „Prawdziwa miłość oznacza, że zależy ci na szczęściu drugiego człowieka bardziej niż na własnym, bez względu na to, przed jak bolesnymi wyborami stajesz”. Zatem: „Kochaj, żeby żyć, i żyj, żeby kochać…” (Henryk Ibsen). 

Łk 4, 21-30

Jezus odrzucony w Nazarecie

Kiedy Jezus przyszedł do Nazaretu, przemówił do ludu w synagodze:

«Dziś spełniły się te słowa Pisma, które słyszeliście». A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym łaski słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: «Czy nie jest to syn Józefa?»

Wtedy rzekł do nich: «Z pewnością powiecie Mi to przysłowie: Lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu, w swojej ojczyźnie, tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum».

I dodał: «Zaprawdę, powiadam wam: Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę, mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman».

Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwawszy się z miejsc, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na urwisko góry, na której zbudowane było ich miasto, aby Go strącić. On jednak, przeszedłszy pośród nich, oddalił się.


[1] Bartłomiej Brzóska SJ, https://deon.pl/wiara/duchowosc/pewien-swiety-wzywal-nas-do-praesupponendum-co-to-wlasciwie-jest,498915