Przeżywamy dziś uroczystość odpustową ku czci Matki Bożej Częstochowskiej. Gromadzimy się przed obliczem Czarnej Madonny, przed wizerunkiem tak bardzo bliskim polskiemu sercu. Wielu z nas przynosi dziś Maryi swoje podziękowania, ale także zmęczenie, troski o rodzinę, lęk o przyszłość, chorobę, samotność i pytania, na które ciągle nie znajduje odpowiedzi. W Ewangelii słyszymy jednak słowa trudne: „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”.
Jezus nie obiecuje swoim uczniom życia bez problemów. Nie mówi: „Jeżeli pójdziesz za Mną, wszystko będzie łatwe, ludzie zawsze będą cię rozumieli, zdrowie nigdy cię nie opuści, a każda modlitwa zostanie spełniona dokładnie tak, jak tego oczekujesz”. Jezus mówi uczciwie: „Weź swój krzyż i chodź za Mną”. Nie: „Zostań sam ze swoim krzyżem”, ale: „Idź za Mną”. To znaczy: patrz, którędy Ja idę, stawiaj stopy w moich śladach i pozwól Mi prowadzić siebie.
Piotr chciał Chrystusa bez krzyża. Chwilę wcześniej Piotr wyznał: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Jezus pochwalił jego wiarę. Teraz jednak, gdy Chrystus mówi o cierpieniu, odrzuceniu i śmierci, Piotr zaczyna Go upominać: „Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”. Piotr przyjmuje Mesjasza, ale nie chce przyjąć Jego drogi. Chce Jezusa zwycięskiego, podziwianego i potężnego. Nie chce Jezusa osądzonego, zranionego i ukrzyżowanego. Czy i my czasem nie postępujemy podobnie?
Chcemy Boga, który nas chroni, ale trudniej nam przyjąć Boga, który prowadzi przez doświadczenie. Chcemy Maryi otoczonej koroną i światłem, ale zapominamy o Maryi stojącej pod krzyżem. Chcemy wiary, która daje pocieszenie, lecz nie zawsze chcemy wiary, która wymaga przebaczenia, wierności, cierpliwości i zmiany własnego życia.
Największym niebezpieczeństwem nie jest to, że ktoś całkowicie odrzuci Boga. Czasami większe niebezpieczeństwo polega na tym, że człowiek przyjmuje Boga, ale chce Go urządzić według własnych wyobrażeń. Mówi Mu: „Panie Jezu, możesz iść ze mną, ale tylko drogą, którą ja wybiorę”. Tymczasem uczeń nie idzie przed Mistrzem. Uczeń idzie za Mistrzem.
Pewien człowiek codziennie przechodził obok starego drewnianego krzyża. Pewnego dnia zatrzymał się i powiedział: – Panie Jezu, mój krzyż jest zbyt ciężki. Zabierz go ode mnie. Usłyszał w sercu odpowiedź: – Dobrze. Zostaw go tutaj i wejdź do domu stojącego obok. W domu zobaczył pomieszczenie wypełnione krzyżami. Były tam krzyże wielkie i małe, żelazne i drewniane, proste i bogato zdobione. – Możesz wybrać sobie inny – usłyszał.
Człowiek długo szukał. Jeden krzyż był za ciężki, drugi miał ostre krawędzie, trzeci był niewygodny, czwarty wyglądał lekko, ale nie potrafił go podnieść. Wreszcie znalazł niewielki, drewniany krzyż. – Ten wybieram. Ten chyba będę mógł nieść. Wtedy usłyszał: – To właśnie krzyż, który przyniosłeś.
Człowiek zamilkł. Podniósł go, ale tym razem nie powiedział: „Zabierz go”. Powiedział: – Panie, naucz mnie go nieść[1]. Wiara nie zawsze sprawia, że krzyż znika. Wiara sprawia, że nie niesiemy go sami i że zaczynamy odkrywać, iż nawet przez niego Bóg może nas prowadzić.
„Zaprzeć się samego siebie” nie znaczy przestać siebie kochać. Słowa Jezusa bywają źle rozumiane. Zaprzeć się samego siebie nie oznacza gardzić sobą, niszczyć siebie ani uważać, że nie ma się żadnej wartości. Przecież każdy człowiek został stworzony przez Boga i odkupiony krwią Chrystusa. Zaprzeć się samego siebie znaczy przestać stawiać własne „ja” na pierwszym miejscu. To powiedzieć: „Nie wszystko musi być po mojemu. Nie zawsze muszę mieć ostatnie słowo. Nie muszę zwyciężyć w każdej dyskusji. Nie muszę odpłacać złem za zło. Mogę ustąpić, przeprosić, przebaczyć i posłużyć drugiemu człowiekowi”.
Czasami największym krzyżem nie jest choroba ani niedostatek. Najtrudniejszym krzyżem może być drugi człowiek. Ktoś, kto nas nie rozumie, zranił, rozczarował albo nie spełnił naszych oczekiwań. Krzyżem może stać się również własny charakter: upór, zazdrość, pamiętliwość, potrzeba kontrolowania innych. Wziąć swój krzyż oznacza wtedy podjąć pracę nad sobą, zamiast ciągle próbować zmieniać wszystkich wokół.
Człowiek może nosić medalik, odmawiać różaniec i pielgrzymować do sanktuarium, a jednocześnie nieść w sercu gniew. Może znać wszystkie pieśni maryjne, ale nie umieć powiedzieć najbliższemu człowiekowi: „Przepraszam”. Prawdziwe nabożeństwo do Maryi prowadzi nas do Jezusa i przemienia nasze codzienne postępowanie.
Maryja najlepiej pokazuje nam, co oznacza zaprzeć się siebie i pójść za Chrystusem. W Nazarecie wypowiedziała swoje: „Niech mi się stanie według słowa twego”. Nie znała całej przyszłości. Nie wiedziała, ile będzie Ją kosztowało to „tak”. Zaufała jednak Bogu bardziej niż własnym lękom. Później szukała dwunastoletniego Jezusa. Słyszała, że niektórzy odrzucają Jego naukę. Widziała narastającą wrogość. Wreszcie stanęła pod krzyżem.
Maryja nie uciekła. Nie przestała być Matką wtedy, gdy bycie Matką bolało najbardziej. Na Golgocie nie rozumiała wszystkiego, ale pozostała wierna. Czasami największym świadectwem wiary nie jest piękna odpowiedź na wszystkie pytania. Jest nim pozostanie przy Bogu wtedy, kiedy żadnej odpowiedzi nie słyszymy.
Obraz Matki Bożej Częstochowskiej nosi na obliczu blizny. One przypominają, że piękno Maryi nie jest pięknem nietkniętym przez cierpienie. To piękno wierności. Jej twarz jest zraniona, ale spokojna. Smutna, ale pełna nadziei. Maryja nie zatrzymuje naszego wzroku na sobie. Wskazuje dłonią na Jezusa, jakby mówiła: „Nie zatrzymuj się na swoim bólu. Spójrz na mojego Syna. Idź za Nim. On zna drogę przez krzyż do życia”.
Do niewielkiego sanktuarium przyszła kobieta, która przeżyła wiele trudnych doświadczeń. Usiadła przed obrazem Matki Bożej i długo milczała. W końcu powiedziała: – Matko, modlę się od wielu miesięcy, a w moim życiu nic się nie zmienia. W tej samej chwili w kościele zgasło światło. Kobieta chciała wyjść, lecz zauważyła małą lampkę płonącą przed obrazem. W jej słabym świetle nadal było widać twarz Maryi i Dzieciątka. Starszy zakrystian zapalił latarkę i podszedł do kobiety. – Przepraszam, awaria prądu – powiedział. Kobieta spojrzała na małą lampkę i odpowiedziała: – Nie trzeba przepraszać. Właśnie otrzymałam odpowiedź. – Jaką? – Prosiłam, aby Bóg od razu rozświetlił całe moje życie. A On pokazuje mi, że na dzisiaj wystarczy małe światło, przy którym mogę zrobić następny krok. Wstała, uczyniła znak krzyża i wyszła spokojniejsza. Jej problemy nie zniknęły, lecz ona nie czuła się już sama[2]. Bóg nie zawsze pokazuje nam całą drogę. Często daje tyle światła, ile potrzeba, abyśmy postawili następny krok. Maryja uczy nas ufać właśnie takim małym światłom.
Co człowiek może zyskać, a co stracić? Jezus pyta: „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” Można wiele osiągnąć, a zgubić samego siebie. Można wybudować piękny dom, a nie stworzyć prawdziwego domu dla swoich najbliższych. Można mieć wielu znajomych, ale nie mieć człowieka, któremu można zaufać. Można zwyciężyć w każdym sporze, a stracić rodzinę i przyjaciół. Można troszczyć się o opinię ludzi, a zaniedbać własne sumienie.
Możemy również bardzo dbać o wygląd naszej wspólnoty, uroczystości, dekoracje i tradycje, a zapomnieć o miłości. Tymczasem wspólnotę budują nie tylko ci, którzy stoją przy ołtarzu czy śpiewają w chórze. Buduje ją każdy, kto potrafi powiedzieć dobre słowo, zauważyć samotnego człowieka, pomóc bez rozgłosu, powstrzymać obmowę, wyciągnąć rękę do zgody i pomodlić się za osobę, która go zraniła.
Jezus kończy dzisiejszą Ewangelię poważnym przypomnieniem: „Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania”. Nie mówi: według pięknych deklaracji. Nie mówi: według opinii, jaką mieli o nas ludzie. Powie: według postępowania. Bóg widzi dobro, którego nikt nie zauważył: opiekę nad chorym, cierpliwość wobec starszej osoby, łzy wylane na modlitwie, przebaczenie, które wiele kosztowało, pomoc udzieloną dyskretnie, wierność zachowaną mimo pokus. U Boga żadne dobro nie zostaje zapomniane.
Na zakończenie trochę uśmiechu. Pewien proboszcz zapytał dzieci podczas kazania: – Kto chce iść do nieba? Wszystkie dzieci podniosły ręce, tylko jeden chłopiec siedział nieruchomo. Ksiądz zdziwiony zapytał: – Jasiu, ty nie chcesz iść do nieba? – Chcę, proszę księdza, ale myślałem, że ksiądz organizuje wyjazd już dzisiaj! My także chcemy iść do nieba, ale najlepiej jeszcze nie dzisiaj. Chcemy spotkać Jezusa, ale najpierw mamy tutaj wiele planów. I dobrze, bo życie jest darem, którym mamy się cieszyć i który mamy mądrze wykorzystać.
Trzeba jednak pamiętać, że droga do nieba nie zaczyna się dopiero w ostatniej godzinie naszego życia. Zaczyna się dzisiaj: w domu, w rodzinie, w pracy i w naszej wspólnocie. Zaczyna się wtedy, gdy zamiast osądzić, próbuję zrozumieć. Gdy zamiast obmówić, milczę. Gdy zamiast się obrazić, podejmuję rozmowę. Gdy zamiast powiedzieć: „Niech inni to zrobią”, pytam: „W czym mogę pomóc?”.
Prośmy dzisiaj Matkę Bożą Częstochowską: Maryjo, ucz nas nie szukać chrześcijaństwa bez krzyża. Pomóż nam nie uciekać od tego, co trudne. Ucz nas zapominać o własnym egoizmie, cierpliwie nieść codzienne obowiązki i wiernie iść za Twoim Synem. Kiedy droga będzie ciemna, bądź naszym światłem. Kiedy krzyż stanie się ciężki, bądź przy nas jak na Golgocie. Kiedy będziemy chcieli zawrócić, pokaż nam Jezusa i przypomnij: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Matko Boża Częstochowska, Królowo Polski i Matko naszej wspólnoty, prowadź nas do swojego Syna.
Mt 16, 21-27
Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie
Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi udać się do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów oraz uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: «Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie». Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: «Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku».
Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: «Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?
Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania».
[1] Opowiadanie pt. “Krzyż przy drodze”
[2] Opowiadanie pt. “Obraz w ciemnym kościele”








