Na cmentarzu człowiek mówi ciszej. Nawet ten, który na co dzień ma odpowiedź na każde pytanie, przy grobie kogoś bliskiego czasem nie potrafi wypowiedzieć ani jednego zdania. Poprawia kwiaty. Zapala znicz. Przesuwa dłonią po nazwisku wyrytym w kamieniu. Jeszcze niedawno to nazwisko można było zawołać z drugiego pokoju. Jeszcze niedawno ktoś odbierał telefon, otwierał drzwi, pytał: „Napijesz się herbaty?”. Teraz została cisza.
W Dzień Zaduszny przynosimy Bogu właśnie tę ciszę. Naszą tęsknotę, wdzięczność, czasem żal. Także słowa, których nie zdążyliśmy powiedzieć: „Dziękuję”, „Przepraszam”, „Kocham cię”. I słuchamy Ewangelii, która prowadzi nas przez śmierć Jezusa, przez Jego pogrzeb, aż do poranka zmartwychwstania. Żadnego z tych miejsc nie omija. My również nie musimy omijać bólu, żeby wierzyć. „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”.
Jezus naprawdę umiera. Jego serce przestaje bić. Józef z Arymatei zdejmuje z krzyża prawdziwe, umęczone ciało. To ważne, bo czasem próbujemy pocieszać człowieka tak szybko, że nie zostawiamy mu miejsca na łzy. Mówimy: „Nie płacz”, „Musisz być silny”, „Trzeba żyć dalej”. A on chciałby jeszcze przez chwilę potrzymać ukochaną dłoń. Wiara pozwala płakać. Pozwala powiedzieć: „Boże, boli mnie to. Nie rozumiem. Tak bardzo mi go brakuje”. Sam Jezus płakał przy grobie przyjaciela. Ale pośród tego bólu dzisiejsza Ewangelia daje nam słowo, którego możemy się uchwycić: „Ojcze”.
Jezus odchodzi, powierzając siebie Ojcu. W chwili, gdy ludzkie ręce nie mogą już Go ocalić, oddaje się w ręce Boga. Tych słów uczymy się przez całe życie. W chorobie, w starości, przy szpitalnym łóżku, podczas pożegnania. Niekiedy z wielkim pokojem, niekiedy przez zaciśnięte gardło: „Ojcze, powierzam Ci siebie. Powierzam Ci człowieka, którego kocham”.
Posłuchajmy trzech krótkich opowiadań. To proste obrazy, które mogą pomóc nam nazwać to, co dzisiaj nosimy w sercu.
Po pogrzebie ojca dorosły syn został jeszcze chwilę przy grobie. Kiedy ludzie odeszli, powiedział do stojącego obok księdza: „Wie ksiądz, co jest najgorsze? W telefonie nadal mam jego numer. Wczoraj odruchowo chciałem zadzwonić. Zawsze dzwoniłem do niego, kiedy nie wiedziałem, co zrobić”. Ksiądz chwilę milczał. Potem zapytał: „A co ojciec zwykle mówił?”. „Najpierw pytał, czy jadłem. Potem kazał mi spokojnie opowiedzieć wszystko od początku”. Mężczyzna uśmiechnął się przez łzy. „To może dzisiaj proszę wrócić do domu, coś zjeść i opowiedzieć Bogu wszystko od początku. Tak jak ojcu”. Nie da się zastąpić zmarłego człowieka. Żadne zdanie nie zapełni pustego krzesła. Można jednak z tą pustką przyjść do Boga. Nie trzeba przed Nim udawać dzielnego. Można opowiedzieć Mu wszystko od początku, nawet jeśli opowiadaliśmy już sto razy.
„Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. I w Twoje ręce powierzam moją tęsknotę. Potem Ewangelia zatrzymuje nas przy Józefie z Arymatei. „Był to człowiek dobry i sprawiedliwy”. Jak niewiele słów potrzeba, żeby powiedzieć o człowieku coś naprawdę wielkiego. Nie słyszymy tutaj wyliczenia jego osiągnięć. Słyszymy, że był dobry. A zaraz potem widzimy, co ta dobroć oznaczała: poszedł do Piłata, poprosił o ciało Jezusa, zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie. Zrobił to, czego Jezus nie mógł już zrobić dla siebie. Taka właśnie bywa miłość przy umierającym i przy zmarłym. Myje twarz. Poprawia poduszkę. Trzyma za rękę. Wybiera ubranie do trumny. Załatwia dokumenty, chociaż sama ledwie stoi na nogach. Potem wraca na cmentarz i usuwa zeschnięte liście. To nie są drobiazgi. W tych gestach człowiek mówi: „Twoje ciało zasługuje na szacunek. Twoje życie było ważne. Jesteś mi bliski”.
Drugie opowiadanie mówi o kobiecie, która przed uroczystością Wszystkich Świętych poszła z wnuczką uporządkować rodzinny grób. Dziewczynka zauważyła obok mogiłę, na której nie było ani kwiatów, ani znicza. „Babciu, a tutaj nikt nie przychodzi?”. „Nie wiem, kochanie”. „To może oni już nikogo nie mają?”. Babcia podała jej mały znicz. „Możemy dzisiaj być kimś, kto przyszedł”. Zapaliły światło i odmówiły modlitwę za człowieka, którego nigdy nie spotkały. To niewielki gest, a mówi tak wiele o Kościele. Modlimy się za naszych rodziców, rodzeństwo, przyjaciół, ale także za tych, których imion nie znamy. Za zapomnianych. Za tych, po których nikt już nie płacze. Prosimy, aby Bóg oczyścił ich z grzechów i przyjął do pełni swojej radości. Nasza pamięć jest krucha. Boża miłość sięga dalej niż nasza pamięć.
Dzisiaj warto też usłyszeć pytanie skierowane do nas samych: co zostanie po moim życiu? Kiedyś również moje imię ktoś wypowie nad grobem. Ktoś uporządkuje moje rzeczy. Być może znajdzie okulary, których ciągle szukałem, niedokończoną książkę, zapisane kartki. Co wtedy będzie naprawdę ważne? Czy ktoś powie: „Przy nim czułem się bezpiecznie”? „Ona umiała słuchać”? „Pomógł mi, kiedy było ciężko”? „Potrafiła przeprosić”?
Śmierć należy do naszego ziemskiego losu. Nie ma takiego zajęcia, stanowiska ani majątku, które zwolniłyby nas z przemijania. Każdy z nas kiedyś odejdzie. Ta prawda może przestraszyć, ale może też przywrócić właściwą miarę naszym dniom. Może pomóc odłożyć telefon, kiedy ktoś chce z nami porozmawiać. Może skłonić do pojednania, którego wciąż unikamy. Może przypomnieć, że człowiek siedzący naprzeciwko nie będzie z nami zawsze. Nie trzeba czekać do pogrzebu, żeby powiedzieć komuś, ile dla nas znaczy.
Jest jeszcze trzecie opowiadanie, tym razem mała przypowieść. W ciemnej ziemi leżały dwa ziarna. Pierwsze powiedziało: „Chcę zachować siebie. Nie pozwolę, żeby pękła moja łupina. Tutaj przynajmniej wiem, co mnie otacza”. Drugie odpowiedziało: „Boję się tego, czego nie znam. Ale czuję, że zostałem zasiany po coś więcej”. Przyszedł deszcz. Ziemia zmiękła. Drugie ziarno zaczęło pękać. „Widzisz? Kończysz się!” zawołało pierwsze. A ono wypuściło korzeń. Potem mały pęd, który powoli przebił się ku światłu. Ta przypowieść nie wyjaśnia całej tajemnicy śmierci. Przypomina jednak, jak mało widzimy z miejsca, w którym jesteśmy. Patrząc na grób, widzimy kres ziemskiej drogi. Chrystus pozwala nam spojrzeć dalej.
Nasza nadzieja ma bowiem konkretną podstawę: Jezus umarł i zmartwychwstał. Kobiety przyszły do grobu, niosąc wonności. Chciały zatroszczyć się o ciało. Były gotowe na spotkanie ze śmiercią. Tymczasem usłyszały: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał”. Dlatego przy chrześcijańskim grobie jest miejsce i na łzę, i na nadzieję. Żegnamy człowieka, którego nie możemy już objąć, a jednocześnie powierzamy go Temu, który przeszedł przez śmierć i żyje.
Wierzymy w zmartwychwstanie. W życie w Bogu. W spotkanie, którego pełni jeszcze nie potrafimy sobie wyobrazić. Nie wiemy, jak będzie wyglądał pierwszy moment po drugiej stronie. Wiemy, komu możemy zaufać.
Za chwilę na ołtarzu będziemy sprawować Eucharystię, pamiątkę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Przynieśmy Mu naszych zmarłych. Każdego po imieniu. Tych, których żegnaliśmy niedawno, i tych, za którymi tęsknimy od wielu lat. Przynieśmy także własne życie: kruche, niedokończone, czasem pogubione. Poprośmy o łaskę, abyśmy umieli kochać, dopóki mamy na to czas. A gdy przyjdzie nasza godzina, obyśmy potrafili powtórzyć za Jezusem, choćby szeptem: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Ojcze, przyjmij naszych zmarłych. Oczyść ich, przebacz im i obdarz pełnią życia w Twojej obecności. A nas naucz tak przeżywać każdy dzień, aby było w nim więcej miłości.
Wersja dłuższa
Łk 23, 44-46.50.52-53; 24, 1-6a)
Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego
Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: «Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego». Po tych słowach wyzionął ducha.
A był tam człowiek dobry i sprawiedliwy, imieniem Józef, członek Rady. On to udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie wykutym w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany.
W pierwszy dzień tygodnia niewiasty poszły skoro świt do grobu, niosąc przygotowane wonności. Kamień zastały odsunięty od grobu. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa. Gdy wobec tego były bezradne, nagle stanęło przed nimi dwóch mężów w lśniących szatach. Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: «Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał».
Wersja krótsza
Łk 23, 44-46. 50. 52-53
Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: «Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego». Po tych słowach wyzionął ducha.
A był tam człowiek dobry i sprawiedliwy, imieniem Józef, członek Rady. On to udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie wykutym w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany.









