Siódmego dnia, kiedy Bóg zakończył stworzenie świata, postanowił, że zrobi sobie święto. Wszystkie, jak z igły zdjęte, stworzenia zapragnęły podarować Bogu najpiękniejszy, jaki tylko mogły znaleźć, prezent.Wiewiórki przyniosły orzechy i migdały; króliki marchew i słodkie korzenie; owce ciepłą i delikatną wełnę; krowy pieniące się i pełne śmietany mleko. Miliardy aniołów ustawiły się w półksiężyc i zaczęły śpiewać boskie serenady.

Również człowiek czekał zaniepokojony na swoje wejście. «A co ja mogę podarować? Kwiaty mają zapach, pszczoły miód, nawet słonie obiecały, że zrobią Panu Bogu kąpiel, a potem przy pomocy swoich trąb osuszą Go…».

Człowiek stanął na końcu kolejki i nie przestawał się martwić wtedy, gdy wszystkie stworzenia przechodziły przed tronem Boga i pozostawiały Mu przyniesione przez siebie dary. Kiedy na dojście do niego czekało zaledwie kilka stworzeń: żółw, ślimak i leniwiec, człowiek wpadł w zupełną panikę. Wreszcie przyszła na niego kolej. Wtedy człowiek, któremu się wydawało, że nie może podarować Panu Bogu niczego, równie pięknego jak pozostałe zwierzęta, wskoczył Mu na kolana, przytulił się do Niego z całych sił i powiedział: «Kocham Cię»!

Twarz Pana Boga rozjaśniła się, a wszystkie stworzenia zrozumiały jednoznacznie, że człowiek podarował Panu Bogu coś, czego nikt z nich nie był Mu w stanie ofiarować (Święto stworzenia, Bruno Ferrero).

«W jakim celu Pan Bóg nas stworzył? Bóg stworzył nas, abyśmy Go poznawali, kochali i służyli. Mu swoim życiem, a również po to, abyśmy się rozkoszowali naszym przyszłym życiem w Raju». (Katechizm Piusa X).

Zapewne nie jeden z nas zna to uczucie, gdy ogarnia go bezradność wobec ogromu ludzi, którzy potrzebują pomocy. Możliwości każdego z nas są ograniczone, można pomóc jednej osobie, dwóm, pięciu, a może i nawet więcej… Wszystko zależy od stanu naszego zdrowia fizycznego, psychicznego, duchowego, ale także ważne są tu również względy ekonomiczne i materialne. Mimo najlepszych, największych chęci, nasza pomoc setkom, czy nawet tysiącom ludzi jest dla nas niemożliwa. Bez konkretnych struktur charytatywnych jest to niemożliwe. Wtedy może pojawić się zniechęcenie, gorycz, żal, poczucie bezradności, czy smutek.

Idąc tym tokiem myślenia, można wpaść w pętlę, która – jak się później okazuje – zaciska się na naszej szyi, gdy oddając się coraz bardziej innym, czujemy wewnętrznie, że zapominamy o sobie, o swich potrzebach. Przeważnie wtedy kończy się to przeżywaną przez nas porażką, poczuciem wypalenia wewnętrznego – pustki, aż do momentu w którym stwierdzamy, że tak naprawdę, to sami potrzebujemy pomocy. Możemy też niewzruszenie podążać sami przez ten świat nie zauważając innych dookoła siebie. Wtedy budując ścianę wokół siebie tworzymy egoistyczny świat marzeń których nigdy nie realizujemy i nie doświadczymy.

Są to dwie skrajne postawy, na które jeśli popatrzymy z boku to możemy dojść do wniosku, że są one nie do zaakceptowania w codziennym życiu. A jednak często one kierują naszym postępowaniem wobec bliźniego.

Pan Jezus mówi nam o tłumach, które potrzebowały konkretnej pomocy: jedzenia. Apostołowie – uczniowie Jezusa, dostrzegają ten głodny i spragniony tłum i „proponują” Jezusowi, aby odesłał go do domów. On jednak mówi do nich: „Wy dajcie im jeść”. Jezus widzi, jakie jest myślenie ludzkie i Boga. Często nasze ludzkie widzenie świata oparte jest na wiedzy, na tym co widzimy, usłyszymy, liczbach, twardych danych, kalkulacjach jest niewystarczające. Apostolowie przeliczyli ile mają chlebów: 5 i ryb: 2. To im uzmysławia, że dla 5 tysięcy zgłodniałych ludzi to nie wystarczy. Logika apostołów jest prosta, bo wynika z czystych matematycznych obliczeń. Dlatego są przekonani, że „nie można” tą ilością chlebów i ryb nakarmić tysięcy.

Pan Jezus mówi im jednak, że można, że jednak się da. Wystarczy tylko to, co mają, złożyć w ręce Boga. Zamiast zamartwiać się, przeliczać, mierzyć, trzeba to, co się posiada ofiarować Panu Bogu. Czyli inaczej: zacząć z Nim współpracować. Sami apostołowie nakarmiliby tym chlebem i rybami może 5 czy 10 osób, a z pomocą Jezusa nakarmili 5 tysięcy. Dokonali to, co z punktu widzenia czysto ludzkiego nie było możliwe do zrealizowania.

Dzisiejszy fragment Ewangelii Mateusza z 14 rozdziału (13-21), przekazuje nam pewną myśl i warto siebie samego zapytać, czy w naszym życiu tak właśnie jest. Czy może czynimy zbyt mało dobra w naszym życiu ponieważ wciąż obliczamy swoje możliwości, zastanawiamy się „jak i kiedy mam coś zrobić”, jak się zachowamy, jak się uśmiechniemy, jak zareagujemy. Zastanawiamy się jak będzie, co inni o nas pomyślą, jak w końcu oni zareagują, zastanawiamy się także nad tym ilu ludziom możemy pomóc i w jakiej sytuacji sami się znajdziemy po okazaniu tej pomocy. W ten sposób sposobność do pomocy innym nam ucieka. Więcej spędzamy czasu nad myśleniem, niż realnym działaniem. Historia naszego życia, w tym pomoc drugiemu człowiekowi ucieka namwciąż bezpowrotnie. A trzeba pamiętać o tym, że aby pomóc drugiemu człowiekowi potrzeba są dwie rzeczy: po pierwsze, potrzebna jest gotowość do dzielenia się z innymi; po drugie: trzeba oddać to, co się ma, posiada, choćby to było niewiele – samemu Jezusowi. Gdy uczniowie dopiero to pojęli, wtedy dopiero mogli być świadkami cudu, który dokonał Jezus. Cudu, którego doświadczyli oni, ale przede wszystkim zgłodniały tłum, nie mający z nikąd ratunku.

Jest takie opowiadanie jak powstaje dobro. Pewngo dnia, pod jednym z domów pojawił się mężczyzna w średnim wieku, prosząc o odrobinę pożywienia. Młoda kobieta, która otworzyła drzwi, powiedziała mu: „Przykro mi, ale w tej chwili nie mam nic do jedzenia”. „Nie przejmuj się” – odpowiedział mężczyzna. „Ja mam zupę w proszku, potrzebują trochę wody i garnek do gotowania, to mi to zupełnie wystarczy, aby przygotować najlepszą zupę w okolicy”. Kobieta dała mu duży garnek. Nieznajomy napełnił go wodą i wsypał zupę. W międzyczasie kobieta szepneła swoim sąsiadom o swoim dziwnym gościu, który gotuje zupę w jej domu. Wkrótce wielu z nich przybyło do jej mieszkania, z zaciekawieniem patrzać na przybysza zajętego gotowaniem zupy.

Nieznajomy ponownie skosztował zupy i powiedział: „Pyszna, ale gdyby ktoś z was miał ziemniaki, to by była jeszcze pyszniejsza”. „Mam je w domu, zaraz je przyniosę. I zaraz pobiegła, aby je przynieść. Nieznajomy, kiedy ziemniaki już były w garze, znów skosztował zupy i powiedział: „Wyśmienita, byłaby lepsza, jeszcze lepsza, gdybyśmy mieli do niej warzywa”. Ktoś pobiegł i przyniósł marchew i cebulę. I znowu nieznajmy skosztował zupy i powiedział: „Gdyby było w niej jeszcze odrobinę mięsa, to w ogóle byłaby już wyśmienita”. Jakiś pan, który co dopiero zaobił świnkę, pobiegł i przyniósł kawałek mięsa. Sól i pieprz nieznajomy wziął od gospodyni, która w międzyczasie rozłożyła dla każdego talerz. Przy każdym położyła łyżkę. Ktoś przyniósł również chleb i owoce. Zgromadzenie zasiedli do niespodziewanej uczty, byli szczęśliwi, radośni, zadowoleni. Wtedy nieznajomy zostawił tę grupkę ludzi przy stole. Zostawił ich w momencie, kiedy byli przesiąknięci ludzką hojnością i życzliwością, dużą ofiarnością wobec siebie.

Zachowanie uczniów i Jezusa uczą nas hojności i życzliwości w naszym codziennym postępowaniu. Tylko równoważąc nasze potrzeby i potrzeby drugiego człowieka, oddając to wszystko Chrystusowi – w jego ręce, nie będziemy pozbawieni radości życia tu na ziemi. O taką właśnie radość życia prośby każdego dnia Jezusa. Wtedy to my będziemy „solą tej ziemi, i światłem tego świata”.

Po piaszczystej drodze szła niziutka staruszka. Chociaż była już bardzo stara, to jednak szła tanecznym krokiem, a uśmiech na jej twarzy był tak promienny, jak uśmiech młodej, szczęśliwej dziewczyny. Nagle dostrzegła przed sobą jakąś postać.

Na drodze ktoś siedział, ale był tak skulony, że prawie zlewał się z piaskiem. Staruszka zatrzymała się, nachyliła nad niemal bezcielesną istotą i zapytała: „Kim jesteś?” Ciężkie powieki z trudem odsłoniły zmęczone oczy, a blade wargi wyszeptały: „Ja? … Nazywają mnie smutkiem”. „Ach! Smutek!”, zawołała staruszka z taką radością, jakby spotkała dobrego znajomego. „Znasz mnie?”, zapytał smutek niedowierzająco. „Oczywiście, przecież nie jeden raz towarzyszyłeś mi w mojej wędrówce. „Tak sądzisz …, zdziwił się smutek, „to dlaczego nie uciekasz przede mną. Nie boisz się?” „A dlaczego miałabym przed Tobą uciekać, mój miły? Przecież dobrze wiesz, że potrafisz dogonić każdego, kto przed Tobą ucieka. Ale powiedz mi, proszę, dlaczego jesteś taki markotny?” „Ja … jestem smutny” – odpowiedział smutek łamiącym się głosem.

Staruszka usiadła obok niego. „Smutny jesteś …”, powiedziała i ze zrozumieniem pokiwała głową. „A co Cię tak bardzo zasmuciło?” Smutek westchnął głęboko. Czy rzeczywiście spotkał kogoś, kto będzie chciał go wysłuchać? Ileż razy już o tym marzył. „Ach, … wiesz …”, zaczął powoli i z namysłem, „najgorsze jest to, że nikt mnie nie lubi. Jestem stworzony po to, by spotykać się z ludźmi i towarzyszyć im przez pewien czas. Ale gdy tylko do nich przyjdę, oni wzdrygają się z obrzydzeniem. Boją się mnie jak morowej zarazy.” I znowu westchnął. „Wiesz …, ludzie wynaleźli tyle sposobów, żeby mnie odpędzić. Mówią: tralalala, życie jest wesołe, trzeba się śmiać. A ich fałszywy śmiech jest przyczyną wrzodów żołądka i duszności. Mówią: co nie zabije, to wzmocni. I dostają zawału. Mówią: trzeba tylko umieć się rozerwać.

I rozrywają to, co nigdy nie powinno być rozerwane. Mówią: tylko słabi płaczą. I zalewają się potokami łez. Albo odurzają się alkoholem i narkotykami, byle by tylko nie czuć mojej obecności.” „Masz rację,”, potwierdziła staruszka, „ja też często widuję takich ludzi”.

Smutek jeszcze bardziej się skurczył. „Przecież ja tylko chcę pomóc każdemu człowiekowi. Wtedy gdy jestem przy nim, może spotkać się sam ze sobą. Ja jedynie pomagam zbudować gniazdko, w którym może leczyć swoje rany.

Smutny człowiek jest tak bardzo wrażliwy. Niejedno jego cierpienie podobne jest do źle zagojonej rany, która co pewien czas się otwiera. A jak to boli! Przecież wiesz, że dopiero wtedy, gdy człowiek pogodzi się ze smutkiem i wypłacze wszystkie wstrzymywane łzy, może naprawdę wyleczyć swoje rany. Ale ludzie nie chcą, żebym im pomagał. Wolą zasłaniać swoje blizny fałszywym uśmiechem. Albo zakładać gruby pancerz zgorzknienia.” Smutek zamilkł.

Po jego smutnej twarzy popłynęły łzy: najpierw pojedyncze, potem zaczęło ich przybywać, aż wreszcie zaniósł się nieutulonym płaczem. Staruszka serdecznie go objęła i przytuliła do siebie. „Płacz, płacz smutku.”, wyszeptała czule.”Musisz teraz odpocząć, żeby potem znowu nabrać sił. Ale nie powinieneś już dalej wędrować sam. Będę Ci zawsze towarzyszyć, a w moim towarzystwie zniechęcenie już nigdy Cię nie pokona.” Smutek nagle przestał płakać.

Wyprostował się i ze zdumieniem spojrzał na swoją nową towarzyszkę: „Ale … ale kim Ty właściwie jesteś?”. „Ja?”, zapytała figlarnie staruszka uśmiechając się przy tym tak beztrosko, jak małe dziecko. „JA JESTEM NADZIEJA!”[1]

Obyśmy ofiarowując siebie samego drugiemu człowiekowi dawali nadzieję w smutku. W ten sposób rozmnożymy dobro, które pomoże innym w ich wzroście ducha, ale przede wszystkim da perspektywę lepszego jutra. W ten sposób dzieląc się z innymi tym, czego mamy może i sami mało, pomnażamy dobro, którego tak potrzeba na tej ziemi. Świat potrzebuje dziś dobrych ludzi, którzy swoją dobrocią i sercem dają nadzieje lepszego jutra. W świecie, gdzie napięcia i wojna stoi tuż za progiem naszego domu, potrzebna jest nam odrobina radości, która jeśli będzie wzrastać nie tylko w naszym sercu, ale także tych, których ona dotknęła, wtedy dopiero da nadzieję zmiany tego świata na lepsze, gdzie przyszłe pokolenia będą czuły się dobrze i bezpiecznie.

[1] Opowiadanie pt.: Bajka o zasmuconym smutku”, http://www.zosia.piasta.pl/smutek.html

Mt 14, 13-21

Cudowne rozmnożenie chleba

Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd łodzią na pustkowie, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych.

A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Miejsce to jest pustkowiem i pora już późna. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności».

Lecz Jezus im odpowiedział: «Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!»

Odpowiedzieli Mu: «Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb».

On rzekł: «Przynieście Mi je tutaj».

Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby, dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a z tego, co pozostało, zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.