Można mieć przygotowane miejsce przy stole, a mimo to pozostać głodnym. Można otrzymać zaproszenie, a mimo to spędzić wieczór samotnie. Można być kochanym, a jednak tak mocno zamknąć serce, że ta miłość nie będzie mogła do niego dotrzeć.
W dzisiejszej Ewangelii król przygotowuje ucztę weselną dla swojego syna. Wszystko jest gotowe. Wysyła sługi, aby zawołali zaproszonych. A oni nie chcą przyjść. To boli. Bo za zaproszeniem stoi coś więcej niż przygotowany posiłek. Stoi czyjaś życzliwość, oczekiwanie, pragnienie spotkania. Zaproszenie mówi: „Chcę, żebyś był ze mną. Przygotowałem dla ciebie miejsce. Jesteś dla mnie ważny”.
Tak właśnie Bóg zwraca się do człowieka: „Przyjdź. Jest dla ciebie miejsce”. Jednak zaproszeni odchodzą. Jeden na swoje pole, drugi do swojego handlu. Niektórzy odpowiadają nawet przemocą wobec posłańców. Jezus pokazuje, jak daleko może zajść odrzucenie dobra: od obojętności aż po wrogość. Pole i handel same w sobie nie są złe. Trzeba pracować, zarabiać, troszczyć się o dom.
Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek zawsze znajduje coś ważniejszego niż spotkanie z Bogiem. Gdy na wszystko ma czas, tylko nie na modlitwę, pojednanie czy chwilę uczciwego spojrzenia na własne życie. Ale czasem przyczyną odmowy jest także uraza: „Nie przyjdę, bo jestem obrażony. Nie odezwę się pierwszy. Niech zobaczą, że beze mnie nie będzie tak samo”. Ewangelia nie mówi, że właśnie tak myśleli zaproszeni. My jednak dobrze znamy takie zachowanie. Bywa obecne w rodzinach, wśród przyjaciół, a nawet w naszych wspólnotach. Przyjrzyjmy się trzem krótkim opowiadaniom, które pokazują sytuacje znane z codziennego życia.
Pewien człowiek pokłócił się z bratem. Poszło o kilka przykrych słów, potem o to, kto pierwszy powinien przeprosić. Mijały miesiące. Kiedy brat zaprosił go na rodzinny obiad, odpowiedział: „Nie przyjdę. Musi zrozumieć, że mnie zranił”. W niedzielę usiadł sam przy kuchennym stole. Odgrzał zupę. Co chwilę patrzył na telefon. Zastanawiał się, kto przyszedł, o czym rozmawiają, czy ktoś o niego zapytał. Wieczorem żona powiedziała spokojnie: „Chciałeś, żeby brat odczuł twoją nieobecność. Ale przez cały dzień najbardziej odczuwałeś ją ty”. Nie każdą ranę da się zagoić jednym obiadem. Czasem potrzeba szczerej rozmowy, przeprosin i naprawienia krzywdy. Ale obrażanie się nie jest lekarstwem na zranienie. Często tylko przedłuża samotność. Bywa, że tak długo czekamy, aż ktoś zrobi pierwszy krok, że przestajemy zauważać wyciągniętą do nas rękę.
Drugie opowiadanie jest o chłopcu, który zimą wybierał się na spacer. „Załóż czapkę, jest mróz” powiedziała mama. „Nie założę!” „Będą ci marzły uszy”. „To niech marzną!” Wyszedł z domu dumny ze swojego zwycięstwa. Po kilku minutach uszy zaczęły go boleć. Mógł wrócić po czapkę, ale wtedy musiałby przyznać, że mama miała rację. Szedł więc dalej, coraz bardziej zmarznięty i coraz bardziej zły. Na mróz. Na mamę. Na cały świat. A przecież nikt nie zabrał mu czapki. Uśmiechamy się, słysząc tę historię. Ale czy dorosły człowiek nie potrafi zachowywać się podobnie? „Nie przebaczę, choć ta uraza odbiera mi sen”. „Nie przyjmę pomocy, choć sam już nie daję rady”. „Nie wrócę do modlitwy, choć tęsknię za pokojem”. „Nie przyznam się do błędu, choć widzę jego skutki”.
Czasem wolimy cierpieć, niż powiedzieć: „Pomyliłem się. Potrzebuję pomocy”. Tak wygląda upór, który nazywamy niezależnością. Człowiek chce pokazać, że sam dyktuje warunki, a tymczasem coraz bardziej staje się niewolnikiem własnej dumy. Bóg nie zaprasza nas po to, żeby nas upokorzyć. Zaprasza, żebyśmy żyli. Jego przykazania nie są kaprysem kogoś, kto lubi rozkazywać. Są troską Ojca, który widzi dalej niż my.
Trzecie opowiadanie prowadzi nas na gospodarstwo. Młody gospodarz przyniósł koniowi dobre zboże. Postawił przed nim pełne koryto, ale zwierzę nie chciało jeść. Chłopak zaczął się niecierpliwić. Przesuwał koryto, wołał, próbował wymusić reakcję. Starszy gospodarz zatrzymał go i powiedział: „Możesz przynieść zboże. Możesz przygotować miejsce. Ale nie możesz chcieć za niego”. To zdanie dotyka także naszych relacji. Rodzic może wychować dziecko w wierze, ale nie może wierzyć za dorosłego syna. Można zaprosić kogoś do rozmowy, ale nie można odpowiedzieć za niego. Można wyciągnąć rękę do zgody, ale nie da się samemu uścisnąć obu dłoni.
Bóg daje człowiekowi wolność. Jego zaproszenie jest prawdziwe, ale nasza odpowiedź również musi być prawdziwa. Miłości nie da się wymusić. Nie oznacza to jednak, że nasze wybory nie mają znaczenia. Dzisiejsza przypowieść zawiera także surowy obraz sądu. Jezus ostrzega: odrzucanie dobra ma konsekwencje. Można tak przywyknąć do mówienia „nie”, że w końcu nie dostrzega się już daru, który stoi przed nami. Król jednak nie rezygnuje z uczty. Wysyła sługi na rozstajne drogi. Sala zapełnia się ludźmi, dobrymi i złymi. To wielka nadzieja: Bóg zaprasza także tych, których życie jest dalekie od doskonałości. Jest miejsce dla człowieka pogubionego. Dla tego, który żałuje. Dla kogoś, kto długo nie przychodził, ale dziś chce wrócić. Na końcu pojawia się jednak człowiek bez szaty weselnej. Ten fragment nie jest lekcją o eleganckim ubraniu. Przypomina, że samo wejście na salę nie wystarcza. Przyjęcie zaproszenia powinno przemieniać nasze życie.
Można być w kościele, a sercem wciąż odrzucać Boga. Można przyjmować Jego dary, a jednocześnie nie chcieć porzucić pogardy, kłamstwa czy krzywdzenia innych. Szata weselna przypomina nam o odpowiedzi wyrażonej czynami. O gotowości, żeby powiedzieć: „Panie, przychodzę taki, jaki jestem, ale pozwól mi stawać się lepszym”. Zapytajmy więc dzisiaj siebie: jakie zaproszenie odkładam? Do jakiej rozmowy nie chcę usiąść? Jakiej pomocy nie przyjmuję? Czy jest dobro, z którego rezygnuję tylko po to, żeby postawić na swoim? Nie każda odmowa jest pychą. Czasem trzeba postawić granicę i chronić się przed krzywdą. Ale warto uczciwie rozpoznać, czy moja decyzja służy dobru, czy tylko ma kogoś zaboleć.
Szkoda życia na marznięcie bez czapki, kiedy czapka leży obok. Szkoda serca na pielęgnowanie urazy, kiedy można rozpocząć drogę do pojednania. Szkoda głodu, gdy Bóg przygotował dla nas stół. Zaproszenie zostało wysłane. Miejsce jest przygotowane. Teraz potrzeba naszej odpowiedzi. Panie Jezu, uwolnij nas od uporu, który odbiera nam radość. Daj nam odwagę przyjąć Twoją miłość, uznać własne błędy i zrobić krok ku dobru. Spraw, abyśmy przy Twoim stole znaleźli nie tylko miejsce, lecz także serce gotowe do przemiany.
Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii: „Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni”. To mocne słowa. Dlaczego nie byli godni? Nie dlatego, że byli biedni, niewykształceni czy mieli za sobą trudną przeszłość. Przecież później słudzy zgromadzili wszystkich napotkanych, „złych i dobrych”. Pierwsi zaproszeni okazali się niegodni przez sposób, w jaki odpowiedzieli na dar: zlekceważyli zaproszenie, a niektórzy skrzywdzili i zabili posłańców. Tak bywa również między ludźmi. Ktoś otwiera przed nami dom, przygotowuje miejsce przy stole, wyciąga rękę do zgody. A my odpowiadamy pogardą, podejrzliwością albo próbujemy narzucić własne warunki: „Przyjdę, ale najpierw wszystko ma być tak, jak ja chcę”. Wtedy nie przyjmujemy życzliwości. Traktujemy ją jak coś, co nam się należy.
Nie jesteśmy godni zaproszenia dlatego, że jesteśmy bezbłędni. Stajemy się zdolni je przyjąć, kiedy odpowiadamy z pokorą, wdzięcznością i szacunkiem. Człowiek poraniony i grzeszny może wejść na ucztę z sercem gotowym do przemiany. Człowiek przekonany o własnej doskonałości może pozostać za drzwiami, ponieważ nie chce przyjąć niczego, czego sam nie kontroluje. Dlatego te słowa Jezusa warto najpierw odnieść do siebie. Zamiast pytać: „Kto nie jest godny siedzieć przy tym stole?”, zapytajmy: „Co robię z dobrem, które ktoś mi ofiarowuje? Czy potrafię je uszanować?” Bo można domagać się szacunku dla siebie, a jednocześnie podeptać czyjąś wyciągniętą rękę.
Zanim po raz kolejny powiemy: „Nie przyjdę”, warto zapytać siebie: co chcę przez tę odmowę osiągnąć? Czy chronię coś naprawdę ważnego, czy tylko własną dumę? Bo czasem drzwi pozostają otwarte, miejsce przy stole czeka, a jedyną przeszkodą jest nasze uparte: „Nie, bo nie”. Pierwszym krokiem do przemiany może być jedno proste zdanie: „Panie, jestem. Pomóż mi przyjąć to, co dla mnie przygotowałeś”.
Pewna żona upiekła ulubiony sernik męża. Niestety, chwilę wcześniej pokłócili się o drobiazg. – Zjesz kawałek? – zapytała. – Nie. – Dlaczego? – Nie, bo nie! – Przecież to twój ulubiony. – Powiedziałem, że nie! Żona schowała ciasto do lodówki. W nocy obudził ją hałas w kuchni. Zeszła na dół i zobaczyła męża z ogromnym kawałkiem sernika. – Przecież mówiłeś, że nie chcesz! – Bo nie chciałem. – A teraz? – Teraz nie chcę, żeby się zmarnował!
Czasem nasz apetyt szybciej przyznaje się do prawdy niż nasza duma. Podobnie bywa z zaproszeniem na ucztę w dzisiejszej Ewangelii. Dobro jest przygotowane, miejsce czeka, ale człowiek mówi: „Nie, bo nie!”. Warto wtedy zapytać siebie: czy naprawdę nie chcę przyjść, czy tylko trudno mi odłożyć urazę? Bo szkoda zostać głodnym tylko po to, żeby mieć ostatnie słowo.
Mt 22, 1-14
Przypowieść o zaproszonych na ucztę
Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: «Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść.
Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: „Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę; woły i tuczne zwierzęta ubite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę!” Lecz oni zlekceważyli to i odeszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy, pozabijali.
Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić.
Wtedy rzekł swoim sługom: „Uczta weselna wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie”. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala weselna zapełniła się biesiadnikami.
Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka nieubranego w strój weselny. Rzekł do niego: „Przyjacielu, jakże tu wszedłeś, nie mając stroju weselnego?” Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: „Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych».
Wersja krótsza
Ewangelia (Mt 22, 1-10)
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: «Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść.
Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: „Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę; woły i tuczne zwierzęta ubite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę!” Lecz oni zlekceważyli to i odeszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy, pozabijali.
Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić.
Wtedy rzekł swoim sługom: „Uczta weselna wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie”. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala weselna zapełniła się biesiadnikami.
Do tego kazania można włączyć trzy inne opowiadania. Są to ilustracje sytuacji znanych z życia, a nie relacje o konkretnych osobach.
1. Puste krzesło przy stole
Ojciec i dorosły syn pokłócili się podczas rodzinnego spotkania. Obaj powiedzieli za dużo. Od tamtej pory syn nie odwiedzał rodziców. Przed kolejnymi urodzinami ojciec zadzwonił: „Chciałbym, żebyś przyszedł. Przepraszam za to, co wtedy powiedziałem. Porozmawiajmy”. Syn odpowiedział chłodno: „Teraz sobie o mnie przypomniałeś? Nie przyjdę”.
W dniu urodzin jego mała córka zapytała: „Tato, dlaczego nie jedziemy do dziadka?” „Bo dziadek musi zrozumieć, że mnie zranił”. Dziewczynka przez chwilę milczała. „A jak mu pokażesz, że go kochasz, jeśli nigdy do niego nie pojedziemy?”
To pytanie zabolało go bardziej niż dawna kłótnia. Spojrzał na przygotowany przez córkę rysunek dla dziadka. Wziął telefon i napisał: „Jeszcze zdążymy na ciasto?”
Morał: Możemy tak mocno skupić się na tym, żeby ktoś odczuł naszą krzywdę, że przestajemy dostrzegać jego próbę pojednania. Przyjęcie przeprosin nie wymazuje przeszłości, ale otwiera drzwi do nowego początku.
Tak też bywa z zaproszeniem Boga. Człowiek mówi: „Jeszcze nie. Najpierw muszę wszystko zrozumieć. Najpierw życie musi ułożyć się po mojemu”. Tymczasem Bóg już przygotował dla niego miejsce. Nie trzeba mieć rozwiązanych wszystkich problemów, żeby przyjść.
2. Parasol, którego nie chciała przyjąć
Dwie sąsiadki od miesięcy nie rozmawiały. Poszło o miejsce parkingowe, potem o kilka słów rzuconych przez płot.
Pewnego popołudnia rozpętała się ulewa. Jedna z kobiet wracała z zakupami. Torby ciążyły jej w dłoniach, ubranie przemokło, a do domu było jeszcze daleko. Druga zatrzymała samochód, uchyliła szybę i powiedziała: „Wsiadaj, podwiozę cię”. „Dziękuję. Poradzę sobie”. „Ale przecież leje. Mam też parasol, jeśli nie chcesz jechać”. „Nie potrzebuję niczego od ciebie”.
Wróciła do domu zziębnięta. Gdy mąż zapytał, dlaczego nie przyjęła pomocy, odpowiedziała: „Nie dam jej tej satysfakcji!” Mąż podał jej ręcznik i powiedział: „Może ona chciała tylko, żebyś nie mokła”.
Kobieta nic nie odpowiedziała. Po raz pierwszy pomyślała, że przez cały czas przypisywała sąsiadce złe intencje, nawet wtedy, gdy ta wyciągnęła do niej rękę.
Morał: Uraza potrafi sprawić, że nawet życzliwość odczytujemy jako atak. Wtedy sami odrzucamy dobro, którego potrzebujemy.
W dzisiejszej Ewangelii uczta jest gotowa, ale zaproszeni nie chcą przyjść. W naszym życiu podobną przeszkodą może być podejrzliwość: „Na pewno coś za tym stoi”. Warto czasem zatrzymać się i zapytać: czy naprawdę wiem, co jest w sercu drugiego człowieka?
3. Człowiek, który chciał uciszyć dzwon
W pewnym miasteczku mieszkał człowiek, który bardzo nie lubił kościelnego dzwonu. „Ciągle mnie woła” narzekał. „A ja sam zdecyduję, kiedy przyjdę!”
Pewnego dnia poszedł do zakrystiana i powiedział: „Niech pan przestanie dzwonić. Jeśli będę chciał się modlić, to się pomodlę”. Zakrystian odpowiedział: „Dzwon przypomina, że drzwi są otwarte. Nie może pana przez nie przeprowadzić”. Człowiek odszedł niezadowolony.
Kilka miesięcy później przeżywał bardzo trudny czas. Dom wydawał mu się pusty, rozmowy męczyły, a wieczory ciągnęły się bez końca. W niedzielę usłyszał dzwon. Już miał zamknąć okno, ale zatrzymał rękę. Przypomniał sobie słowa: „Drzwi są otwarte”. Tego dnia usiadł w ostatniej ławce. Nie wiedział, co powiedzieć Bogu. Wyszeptał tylko: „Jestem”. I od tego zaczęła się jego modlitwa.
Morał: Zaproszenie nie odbiera nam wolności. Daje nam możliwość odpowiedzi. Możemy uciszać wszystko, co przypomina nam o Bogu, ale przez to nie uciszymy tęsknoty własnego serca.
Można przygotować ucztę, lecz nie można za kogoś przyjąć zaproszenia. Można przynieść zboże, lecz nie można zmusić konia do jedzenia. Bóg nie odpowie za nas. Jednak cierpliwie nas woła, także wtedy, gdy długo odpowiadaliśmy Mu milczeniem.








