Można znać wiele modlitw, a nie wiedzieć, że własne dziecko od miesięcy czeka na spokojną rozmowę. Można dobrze znać przykazania, a nie zauważyć samotnego człowieka, który siedzi obok nas w kościele. Można nawet wiele mówić o miłości do całej ludzkości, a mieć trudność, żeby życzliwie odezwać się do jednej osoby przy własnym stole. Dlatego pytanie postawione dzisiaj Jezusowi dotyczy każdego z nas: „Które przykazanie w Prawie jest największe?”. Co jest najważniejsze? Na czym oprzeć życie, żeby kiedyś nie odkryć z bólem, że zabrakło w nim właśnie tego, co miało największą wartość?
Jezus odpowiada: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”. I zaraz dodaje: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”. Te dwa przykazania są ze sobą powiązane. Miłość do Boga ma przenikać nasze spotkania z ludźmi. Człowiek, którego spotykam, jest przecież kimś, kogo Bóg kocha. Nawet jeśli trudno mi go polubić. Ale kim właściwie jest mój bliźni? Czy tylko tym, kto myśli podobnie? Kto jest mi wdzięczny? Kto chodzi do tego samego kościoła, mówi tym samym językiem i zawsze przyznaje mi rację?
W innym miejscu Ewangelii Jezus odpowiada na to pytanie przypowieścią o miłosiernym Samarytaninie. Pokazuje człowieka, który zatrzymał się przy rannym, choć dzieliło ich pochodzenie i wzajemna niechęć ich społeczności. Na końcu kieruje uwagę pytającego ku temu, kto okazał miłosierdzie. To ważna zmiana spojrzenia. Zamiast pytać tylko: „Kto jest moim bliźnim?”, warto zapytać: „Dla kogo dzisiaj stanę się bliźnim?”.
Pewien człowiek codziennie modlił się przed starym krzyżem: „Panie Jezu, chciałbym Cię kiedyś spotkać. Gdybyś przyszedł do mojego domu, przyjąłbym Cię najlepiej, jak potrafię”. Pewnego zimowego wieczoru usłyszał pukanie. Za drzwiami stał sąsiad, z którym od dawna żył w niezgodzie. „Przepraszam, że przeszkadzam. Wysiadło mi ogrzewanie. Czy mógłbym przez chwilę u ciebie posiedzieć? Czekam na syna”. Gospodarz poczuł złość. Przypomniał sobie wszystkie ich sprzeczki. Już chciał powiedzieć, że jest zajęty, ale spojrzał na zmarznięte dłonie sąsiada. „Wejdź. Nastawię wodę”. Siedzieli początkowo w milczeniu. Potem sąsiad opowiedział o chorobie żony. Gospodarz po raz pierwszy dowiedział się, dlaczego tamten od kilku miesięcy był taki rozdrażniony. Nie rozwiązali wszystkich dawnych sporów. Ale kiedy syn przyjechał po ojca, obaj potrafili już podać sobie ręce.
Wieczorem gospodarz uklęknął przed krzyżem. Chciał jak zwykle powiedzieć: „Panie Jezu, kiedy wreszcie do mnie przyjdziesz?”. Tym razem jednak urwał. Spojrzał na dwa kubki stojące jeszcze na stole. Zrozumiał, że przez tyle czasu czekał na wielkie wydarzenie, a tymczasem otrzymał zwyczajną sposobność, żeby kochać. Często właśnie tak zaczyna się miłość: od otwartych drzwi, od krzesła, od herbaty, od powstrzymania słowa, które mogłoby zranić. W codziennym życiu znamy podobne sytuacje. Dorosłe dziecko dzwoni do starszej matki. Pyta, czy wykupiła lekarstwa, czy ma coś do jedzenia, czy zapłaciła rachunki. Wszystko sprawdzone, wszystko załatwione. Już chce kończyć rozmowę, a matka mówi: „Poczekaj jeszcze chwilę. Opowiedz mi, co u ciebie”. Bo można zadbać o czyjąś lodówkę, a nie zauważyć pustki w jego sercu. Miłość potrzebuje pomocy, ale potrzebuje również obecności. Czasem najcenniejsze zdanie brzmi: „Nie musisz się spieszyć. Słucham cię”.
A jak miłować kogoś, kto nas zranił? Kogoś, kto jest egoistyczny, niewdzięczny, kto każdą rozmowę sprowadza do siebie? To chyba najtrudniejsza część dzisiejszej Ewangelii. Jezus nie wymaga, żebyśmy wobec każdego odczuwali jednakową sympatię. Nie każde spotkanie będzie przyjemne. Miłość zaczyna się jednak od decyzji: nie będę cię poniżał, nie będę żył pragnieniem twojej klęski, nie odpłacę świadomie złem za zło. Mogę powiedzieć: „To, co zrobiłeś, boli mnie i jest niesprawiedliwe”. Mogę postawić granicę: „Nie pozwalam, żebyś tak mnie traktował”. Mogę ograniczyć kontakt, jeśli służy on kolejnemu krzywdzeniu. Jednocześnie mogę prosić Boga, żeby pomógł temu człowiekowi się zmienić. Przebaczenie nie oznacza natychmiastowego odbudowania zaufania. Zaufanie potrzebuje prawdy, czasu i zmiany postępowania. Przykazanie brzmi przecież: „Miłuj swego bliźniego jak siebie samego”. Także twoja godność jest cenna w oczach Boga. Także twoje serce potrzebuje troski.
Młody ogrodnik dostał pod opiekę zaniedbany ogród. Przy ścieżce rósł krzew róży, pełen kolców i suchych gałęzi. Kiedy chłopak próbował go uporządkować, boleśnie podrapał sobie ręce. „Wyrwę go” – powiedział rozgniewany. „Z niego są same kłopoty”. Stary ogrodnik podał mu grube rękawice i sekator. „Najpierw usuń to, co uschło. Potem podlej korzenie. I pamiętaj o rękawicach”. „Mam się troszczyć o coś, co mnie rani?”. „Możesz troszczyć się o różę i jednocześnie chronić własne dłonie”. Młody ogrodnik został. Pracował cierpliwie. Po pewnym czasie pojawił się pierwszy kwiat. Kolce pozostały, lecz chłopak nauczył się obchodzić się z krzewem tak, by nie kaleczyć się przy każdym dotknięciu.
Ta prosta opowieść przypomina, że życzliwość wymaga mądrości. Przy człowieku trudnym można zachować dobre serce i rozsądne granice. Nie zawsze zobaczymy zmianę. Nie mamy władzy nad cudzym sumieniem. Mamy jednak wpływ na to, czy cudza gorycz zacznie zatruwać również nas. Skąd brać siłę do takiej miłości? Jezus mówi najpierw o miłości do Boga: całym sercem, całą duszą, całym umysłem. Warto więc przynosić Mu całe swoje życie, także zmęczenie, urazę i bezradność. Niekiedy najbardziej szczera modlitwa brzmi: „Panie, Ty wiesz, że ja tego człowieka dzisiaj nie potrafię kochać. Pomóż mi przynajmniej go nie zranić. Daj mi mądrość, żebym wiedział, co powiedzieć, a kiedy odejść i ochłonąć”. Taka modlitwa może być początkiem wielkiej przemiany. Przestajemy udawać przed Bogiem i pozwalamy Mu dotknąć miejsca, które naprawdę boli.
Cudzy grzech nie musi decydować o moim postępowaniu. To trudne, bo kiedy cierpimy, chcemy, żeby drugi wreszcie poczuł to samo. Jezus zna ten ból. Zna zdradę przyjaciela, niesprawiedliwy wyrok, szyderstwo. Na krzyżu modli się za tych, którzy Go krzywdzą. Właśnie do Niego możemy przyjść ze swoją bezradnością. Pierwsze przykazanie pomaga nam wtedy wypełniać drugie. Kocham Boga także przez to, że powierzam Mu serce, w którym teraz jest żal. Nie muszę czekać, aż sam się uspokoję i uporządkuję wszystkie uczucia. Mogę przyjść taki, jaki jestem. A potem zrobić jeden konkretny krok. Może przestać codziennie sprawdzać, czy osobie, która mnie skrzywdziła, wreszcie powinęła się noga. Może spokojnie postawić granicę. Może poprosić o rozmowę. Może po raz pierwszy powiedzieć komuś zaufanemu, co naprawdę się wydarzyło. Miłość potrzebuje takich małych decyzji. Od nich zaczyna się wolność. My często tego nie rozumiemy i chcielibyśmy tak po swojemu, i niech to zobrazuje krótki kawał.
Pewien człowiek po kazaniu o miłości nieprzyjaciół podszedł do księdza i powiedział: „Proszę księdza, postanowiłem się poprawić. Od dzisiaj będę się modlił za sąsiada”. „Bardzo dobrze! A o co pan będzie prosił?” „Żeby poszedł do nieba”. „Piękna modlitwa!” „Tylko, jeśli można… jeszcze dzisiaj”. Uśmiechamy się, bo znamy tę pokusę: chcielibyśmy, żeby Bóg tak urządził świat, aby trudny człowiek wreszcie zniknął nam z oczu. Po tej Mszy Świętej każdy z nas wróci do konkretnych ludzi. Do ich zalet i wad, dobrego humoru i trudnego charakteru.
Właśnie tam czeka na nas dzisiejsza Ewangelia. Może trzeba odłożyć telefon i wysłuchać żony. Zadzwonić do ojca. Podziękować komuś, czyją pracę uznajemy za oczywistość. Przestać powtarzać krzywdzącą wiadomość. Powiedzieć: „Przepraszam, nie powinienem był tak do ciebie mówić”. Nie zrobimy wszystkiego naraz. Możemy jednak dzisiaj zrobić jeden uczciwy krok. Panie Jezu, otwórz nasze oczy na człowieka, którego dotąd omijaliśmy. Daj nam cierpliwość wobec bliskich, odwagę do stawiania dobrych granic i serce gotowe przebaczać. Naucz nas kochać Ciebie tak, żeby ludzie przy nas czuli się mniej samotni.
Mt 22, 34-40
Największe przykazanie
Gdy faryzeusze posłyszeli, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, wystawiając Go na próbę, zapytał: «Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?»
On mu odpowiedział: «„Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”. Na tych dwóch przykazaniach zawisło całe Prawo i Prorocy».









