W naszym życiu znamy takie osoby, za które łatwo dziękować Bogu. Kiedy o nich myślimy, robi się nam cieplej na sercu. Pomogły, wysłuchały, były przy nas w trudnej chwili. Ale są też ludzie, których imię wystarczy usłyszeć, żeby ból wrócił. Ktoś nas upokorzył. Zawiódł zaufanie. Opowiedział innym coś, co powierzyliśmy mu w tajemnicy. Skrzywdził świadomie, a potem zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. I właśnie z tym doświadczeniem stajemy dzisiaj przed Jezusem, który mówi: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”.
Panie Jezu, ale jego też? Tę osobę, przez którą tyle nocy nie spałem? Tego człowieka, który nawet nie powiedział: „Przepraszam”? Chcielibyśmy dopisać do Ewangelii mały przypis: „Będziesz miłował bliźniego, pod warunkiem że na to zasługuje”. Jezus jednak takiego przypisu nie zostawia. Uczony w Prawie pyta Go o największe przykazanie. Jezus odpowiada, wskazując na miłość Boga całym sercem, całą duszą i całym umysłem. Zaraz potem dodaje przykazanie miłości bliźniego. Łączy je tak mocno, że nie możemy zamknąć miłości Boga w kościele, a po wyjściu pozwolić sobie na pogardę wobec człowieka.
Nasza modlitwa spotyka się z prawdą życia przy rodzinnym stole, przez telefon, w rozmowie o nieobecnym. Właśnie tam okazuje się, co zrobiliśmy z usłyszanym słowem. Łatwo jednak źle zrozumieć miłość do kogoś, kto skrzywdził. Kochać nie oznacza pozwalać się krzywdzić. Można przebaczać i jednocześnie powiedzieć: „Nie zgadzam się na takie traktowanie”. Można życzyć komuś nawrócenia i zgłosić przemoc. Można zrezygnować z zemsty, a domagać się prawdy i sprawiedliwości. Jezus mówi przecież: „Jak siebie samego”. Nasze życie i godność także zasługują na ochronę. Przebaczenie nie sprawia również, że zaufanie natychmiast wraca. Zaufanie odbudowuje się przez prawdę, odpowiedzialność i zmianę postępowania. Pojednania nie zbuduje jedna osoba, choćby bardzo tego pragnęła.
Pewien człowiek codziennie przechodził obok domu sąsiada, który wyrządził mu wielką krzywdę. Za każdym razem przypominał sobie upokorzenie i układał w głowie kolejną rozmowę, w której wreszcie powiedziałby tamtemu wszystko. Któregoś dnia spotkał starego ogrodnika. Opowiedział mu o swojej złości. Ogrodnik podał mu niewielki, ostry kamień. „Ściśnij go mocno”. Mężczyzna zacisnął pięść. „Teraz opowiedz mi jeszcze raz, co zrobił sąsiad”. Mówił długo, coraz bardziej wzburzony. W końcu przerwał. „Nie mogę już trzymać tego kamienia. Rani mnie w rękę”. Ogrodnik odpowiedział: „Możesz otworzyć dłoń”. „Ale on wtedy nie poniesie żadnej kary!” Starzec spojrzał na niego spokojnie. „Ten kamień przez cały czas był w twojej ręce”. Czasem tak właśnie nosimy krzywdę. Wydaje nam się, że pielęgnując gniew, wymierzamy drugiemu sprawiedliwość. Tymczasem to my budzimy się z nim rano i kładziemy się spać wieczorem. Rozmawiamy w myślach z człowiekiem, którego od dawna nie ma obok.
Otworzyć dłoń to przestać ranić siebie tym, co zrobił ktoś inny. Krzywda nadal pozostaje krzywdą. Ale nie musi już kierować każdą naszą myślą. To bywa długa droga. Nie wolno poganiać człowieka cierpiącego słowami: „Przebacz wreszcie”. Niekiedy pierwszy krok jest bardzo mały: dzisiaj nie odpowiem obelgą. Dzisiaj nie przekażę dalej plotki. Dzisiaj poproszę o pomoc, bo sam nie potrafię udźwignąć tego bólu. Może nasza modlitwa zabrzmi wtedy tak: „Boże, Ty widzisz, co mi zrobiono. Wiesz, jak bardzo boli. Nie umiem jeszcze życzyć temu człowiekowi dobrze. Pomóż mi przynajmniej nie pragnąć jego nieszczęścia”. To jest modlitwa prawdziwa. Od niej można zacząć.
Pewnego zimowego wieczoru do jego warsztatu przyszedł chłopiec z rozklejonymi butami. Szewc rozpoznał w nim syna człowieka, który publicznie go oczernił. Przez tamto oskarżenie stracił część klientów. Chłopiec postawił buty na podłodze. „Tata pyta, czy można je naprawić. Ale pieniądze przyniosę dopiero za tydzień”. Szewc przez chwilę milczał. Potem wziął buty do ręki. „Przyjdź jutro”. Wieczorem jego żona zapytała: „Po tym wszystkim jeszcze mu pomagasz?” Szewc odpowiedział: „Jutro porozmawiam z jego ojcem. Powiem mu, że ma odwołać kłamstwo. Ale chłopcu jest dziś zimno w nogi”. W tych kilku słowach mieści się bardzo wiele z Ewangelii. Szewc nie zapomniał o krzywdzie. Zamierzał upomnieć się o prawdę. Potrafił jednak dostrzec czyjąś potrzebę, zanim zdążył przemówić w nim odwet.
Czasami miłość bliźniego właśnie tak wygląda. Ktoś zachorował, więc pomagam, choć nasza relacja jest trudna. Ktoś popełnił zło, ale nie dołączam do ludzi, którzy go poniżają. Mam prawo opowiedzieć o swojej krzywdzie osobie, która może pomóc, lecz nie robię z każdego spotkania okazji do niszczenia winowajcy.
Cudzy grzech nie musi decydować o moim postępowaniu. To trudne, bo kiedy cierpimy, chcemy, żeby drugi wreszcie poczuł to samo. Jezus zna ten ból. Zna zdradę przyjaciela, niesprawiedliwy wyrok, szyderstwo. Na krzyżu modli się za tych, którzy Go krzywdzą. Właśnie do Niego możemy przyjść ze swoją bezradnością. Pierwsze przykazanie pomaga nam wtedy wypełniać drugie. Kocham Boga także przez to, że powierzam Mu serce, w którym teraz jest żal. Nie muszę czekać, aż sam się uspokoję i uporządkuję wszystkie uczucia. Mogę przyjść taki, jaki jestem. A potem zrobić jeden konkretny krok. Może przestać codziennie sprawdzać, czy osobie, która mnie skrzywdziła, wreszcie powinęła się noga. Może spokojnie postawić granicę. Może poprosić o rozmowę. Może po raz pierwszy powiedzieć komuś zaufanemu, co naprawdę się wydarzyło. Miłość potrzebuje takich małych decyzji. Od nich zaczyna się wolność.
Kochać człowieka, który wszystko obraca wokół siebie, jest trudno, bo przy nim można poczuć się niewidzialnym. Rozmowa wraca do jego spraw, jego potrzeby są najpilniejsze, a kiedy opowiadamy o własnym bólu, słyszymy: „Ty masz problem? Gdybyś wiedział, co ja przeżywam!”. Miłość do takiego człowieka potrzebuje dobroci i granic. Można go szanować, próbować zrozumieć, pomagać mu, a jednocześnie powiedzieć: „Ja też tu jestem. Moje uczucia też mają znaczenie”.
Warto zacząć od kilku konkretnych rzeczy:
- Mów o zachowaniu, zamiast osądzać całego człowieka. Zamiast: „Jesteś egoistą”, powiedz: „Kiedy przerywasz mi i zaczynasz mówić o sobie, czuję się niesłuchany. Chciałbym dokończyć”.
- Nie zgadzaj się automatycznie na każdą prośbę. „Dzisiaj nie mogę ci pomóc. Mogę jutro poświęcić ci pół godziny”. To uczciwa odpowiedź.
- Pozwól mu ponosić skutki własnych decyzji. Ciągłe ratowanie kogoś przed każdą konsekwencją może utrwalać przekonanie, że inni mają wszystko za niego załatwiać.
- Sprawdzaj, czy jest miejsce na wzajemność. Czy potrafi wysłuchać? Przyjąć uwagę? Przeprosić? Zmienić choć jedno zachowanie? Same obietnice nie odbudują relacji.
- Jeżeli odpowiada poniżaniem, groźbami lub przemocą, zadbaj o bezpieczeństwo i wsparcie. Miłość bliźniego nie zobowiązuje do pozostawania w sytuacji, która nas niszczy.
Za skupieniem na sobie czasami kryje się lęk, samotność albo głód uznania. Warto to dostrzec. Ale zrozumienie przyczyn nie zwalnia człowieka z odpowiedzialności za to, jak traktuje innych. Nie potrafimy też zmienić go samą cierpliwością. On musi zechcieć podjąć swoją część pracy.
Jezus mówi: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”. W tym przykazaniu jest miejsce dla was obojga. Możesz powiedzieć: „Zależy mi na tobie i dlatego chcę ci szczerze powiedzieć, że sposób, w jaki mnie traktujesz, boli”.
Pewien gospodarz miał w ogrodzie drzewo, którego gałęzie zasłaniały światło wszystkim mniejszym roślinom. Codziennie je podlewał, ale ono rozrastało się coraz szerzej. W końcu ogrodnik przyniósł sekator. – Chcesz je skrzywdzić? – zapytał gospodarz. – Chcę zadbać o ogród. Także o to drzewo. Przyciął gałęzie. Między liście po raz pierwszy od dawna wpadło słońce. W relacji trzeba zostawić miejsce, żeby obie osoby mogły oddychać. Można więc modlić się tak: „Panie, pomóż mi widzieć w nim człowieka, także wtedy, gdy jest trudny. Daj mi cierpliwość do rozmowy i odwagę, by powiedzieć: dosyć. I strzeż mnie, żebym z bólu sam nie zaczął traktować innych tak jak on”.
1. Sąsiad za płotem
Pewien człowiek miał sąsiada, który go nie znosił. Przeszkadzało mu wszystko: szczekający pies, zaparkowany samochód, a nawet radosne „dzień dobry”. Po niedzielnym kazaniu o miłości bliźniego mężczyzna postanowił zrobić pierwszy krok. Zerwał najładniejsze jabłka, włożył do koszyka i zaniósł sąsiadowi. Ten otworzył drzwi i burknął: – Czego pan chce? – Przyniosłem jabłka z mojego ogrodu. Sąsiad obejrzał je podejrzliwie. – A robaków nie mają? Mężczyzna zacisnął zęby, odetchnął i odpowiedział: – Nie. Robaki musi pan sobie zorganizować we własnym zakresie. Wieczorem żona zapytała: – I jak poszło z miłością bliźniego? – Jabłka oddałem. Nad komentarzem jeszcze pracuję.
Morał: Miłość do trudnego człowieka czasem zaczyna się od dobrego gestu wykonanego z zaciśniętymi zębami. Na ciepłe uczucia trzeba jeszcze poczekać.
Tak też bywa z nami. Podajemy rękę, choć serce jeszcze protestuje. To już jest krok. Ważne, żeby kolejnego dnia próbować zrobić następny.
2. Modlitwa z dokładnym adresem
Po Mszy świętej pewna kobieta podeszła do księdza. – Proszę księdza, od miesiąca modlę się za panią, która mnie nie lubi. Tak jak ksiądz zalecił. – I co się zmieniło? – Na razie nic. Nadal mnie obgaduje. – A jak się pani modli? – Proszę: „Panie Boże, obdarz ją wszystkim, czego jej potrzeba”. – To bardzo dobra modlitwa. – Jeszcze nie skończyłam. Potem dodaję: „A zwłaszcza dobrym słuchem, bo ciągle słyszy rzeczy, których nigdy nie powiedziałam”. Ksiądz stłumił uśmiech. – A mogłaby pani jutro pomodlić się za nią bez tej ostatniej części? Kobieta westchnęła: – Mogłabym… Ale czy Pan Bóg będzie wiedział, o kogo chodzi?
Morał: Nawet w modlitwie potrafimy przemycić małą szpilkę. Bóg zna adres naszego bliźniego. Nasza praca polega na tym, żeby powoli wyjąć szpilkę z własnego serca.
Bo miłować człowieka, który nas nie lubi, to między innymi uczyć się życzyć mu dobra bez dopisywania na końcu: „ale…”.
Mt 22, 34-40
Największe przykazanie
Gdy faryzeusze posłyszeli, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, wystawiając Go na próbę, zapytał: «Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?»
On mu odpowiedział: «„Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”. Na tych dwóch przykazaniach zawisło całe Prawo i Prorocy».









