Miłość w czlowieku jest bardzo mocnym uczuciem: silnym i dynamicznym. Podobnie jak żądza nienawiści. Szczególną moc w nas ludziach, jest miłość rodzinna. Ona stwarza tzw. „więzi rodzinne”, które są motorem działań i natchnieniem wielkich czynów – tych zwykłych, codziennych, ale czasem i herioicznych, nadzwyczajnych, które wymagają oda nad ponadludzkiego wysiłku. Tylko miłóść pozwala na rozwój człowieka, gdy kocha i jest on kochany. Tylko w klimacie miłości rodzinnej może się człowiek rozwijać i wzrastać. Brak tego klimatu zawsze w większym lub mniejszym stopniu może zniekształcić jego człowieczeństwo.

James Patterson napisał tak: „Wyobraź sobie, że życie polega na żonglowaniu pięcioma piłkami. Ich nazwy to praca, rodzina, zdrowie, przyjaciele i prawość. Wszystko udaje ci się utrzymywać w powietrzu. Ale pewnego dnia wreszcie do ciebie dociera, że praca jest gumową piłką. Jeżeli ją upuścisz, odbije się i wróci. Pozostałe cztery piłki – rodzina, zdrowie, przyjaciele, prawość – to szklane kule. Jeśli się którąś upuści, może się obić, wyszczerbić lub nawet roztrzaskać”.

Dowodem tego są liczne przykłady przestęców: zimnych, bez uczuć, bezwzględnych kryminalistów. Nie da się w nich często odnlaleźć najmniejszego choćby odruchu miłości tylko dlatego, że nie mieli prawdziwej rodziny w której tej miłości mogliby się nauczyć, zaobserwować, wchłonąć; tak po prostu nią żyć jako środkowisku naturalnym.

W 1982 roku w obecności 80 tysięcy ludzi zebranych na Stadionie Olimpijskim w Berlinie, Nicky Cruz opowiadał o swoim skomplikowanym życiu. „- Mialem osiem lat, kiedy matka wyrzekła się mnie. Powiedziała mi, że jestem „synem diabła” i że mnie nie kocha. Pamietam doskonale tę chwilę i że sprawiło mi to wielki ból. Postanowiłem wtedy: „Nie będę już nigdy więcej kochał ani płakał”. Wzrastałem w Nowym Yorku. Z czasem zostałem przywódcą młodzieżowej bandy: Mau-Mau. Strzelaliśmy do ludzi z dachów, walczyliśmy nieustannie z innym bandami i byliśmy ciągle zamykani przez policję. Moja banda, a liczyliśmy wtedy około 300 osób, była wówczas postrachem całego Nowego Yorku. Wszyscy czuli przede mną respekt, ponieważ byłem nieustraszony i zarazem okrutny wobec wrogów.

Pewnego dnia zdarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę. Zabrałem swoją bandę do dyskoteki. Tańczyłem właśnie z moją dziewczyną, gdy drzwi się otworzyły i wszedł David Wilkerson. Był on wiejskim księdzem, który czasem głosił w naszej dzielnicy uliczne kazania. Nie mogłem go ścierpieć. Kiedy go wtedy zobaczyłem, opanowała mnie złość i wściekłość. Czego tu chce, u licha? – zadawałem sobie nieustannie to pytanie. Nie ma tu czego szukać. Podszedłem do niego i uderzyłem go w twarz. – „Zmiataj stąd kaznodziejo, jeśli ci życie miłe” – krzyknąłem na niego. David odpowiedział wtedy tak: „- Dobrze, już idę. Chciałem ci tylko jedno powiedzieć Nicky, Jezus cię kocha! Jezus cię kocha!”. I poszedł…

Przez dwa tygodnie prześladowały mnie te słowa: „Jezus cię kocha…!!!”. Kiedy dowiedziałem się, że David ma mówić do młodzieży, wsadziłem pistolet do kieszeni i poszedłem na spotkanie z nim. David mówił rzeczy, których nigdy przedtem nie słyszałem. Mówił, że Jezus cierpiał za nas, gdy dostał się w ręce wrogów. Dawid opowiadał także, jak wrogowie Jezusa obchodzili się z Nim; że okrutnie Go bili, opluwali i w końcu ukrzyżowali. Wiedziałem co to znaczy. Zdenerowałem się wtedy bardzo. Złość było widać na mojej czerwonej ze zdenerowania twarzy. Pomyślałem wtedy, że gdybym był przy tym z moją grupą Mau-Mau, nigdy by się tak nie stało. Zainterweniowalibyśmy natychmiast, by Jezusa nie spotkało to, co spotkało. Szybko byśmy Go z tego wyciągnęli. Ksiadz Dawid jednak powiedział, ze Jezus chciał cierpieć, aby odpuscić nam nasze grzechy!!!

Poczułem się wtedy, jak rażony piorunem. Czy to mogło być prawdą? Jak Jezus mógł mnie tak ukochać? Ale już wtedy wiedziałem, że kto jest gotowy tak wiele cierpieć, ten musi rzeczywiście kochać. Zacząłem więc rozmawiać z Jezusem: Jezu, czy Ty mnie kochasz? Czy Ty rzeczywiście kochasz mnie takiego, jakim jestem? Jeżeli Ty rzeczywiście mnie kochasz, to i ja będę Cię kochał. Ofiaruje Ci całe moje życie!

Ledwo to powiedziałem, piekło goryczy, które miałem w moim sercu i umyśle oraz nienawiść zniknęły z mojego serca. Byłem wolny! Wolny jak ptak na błękitnym niebie. Było to uczucie, którego nigdy nie zaznałem”. To wtedy zostałem przemieniony na zawsze”.

Kiedy czytamy treść dzisiejszej Ewangelii, to czujemy, że tchnie z niej pewną zupełnie niewiarygodną surowością i to z ust samego Chrystusa! Słyszymy: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest mnie godzien”.

Jezus domaga się od Apostołów miłości i to miłości wyłącznej. Większej niż ta, jaką rodzice obdarzają swe dzieci, lub przeciwnie, jakiej mogą od nich oczekiwać. Nicky Crus tej miłości rodzinnej, a szczególnie tej matczynej – uczuciowej, która tak mocno wyryła się w jego osobowości – był pozbawiony. Po ludzku biorąc był zatem pozbawiony czegoś najpiękniejszego: miłości matki, która go urodziła, dała mu życie na ziemi. Fakt ten jednak przybliżył go ku jeszcze większej Miłości – samego Boga. Stwórcy całego świata. Nicky Cruz, dzięki przemianie i doświadczeniu obecności Jezusa  zrozumiał to, o czym kiedyś napisała Colleen Hoover: „Nie wybieramy sobie rodziców, podobnie jak rodzice nie wybierają sobie dzieci. Niemniej powinniśmy robić wszystko, co w naszej mocy, by otrzymali od nas to, co mamy najlepszego”. Diane Chamberlain jakby uzpełnia to zdanie pisząc, że: „Każda rodzina ma swoją historię. Najpiękniejsze jest to, że te historie są nakreślone na piasku, nie wykute w granicie. To cudowne – ponieważ możemy je zmieniać. Możemy uwolnić się od kłamstw i spojrzeć w oczy prawdzie. I żyć dalej…”

Zachowanie hierarchii miłości to jeden z najistotniejszych elementów mądrości. Zlekceważenie tej hierarchii prowadzi często do dramtów. Człowiek, który nie oparł swojego życia na miłości do Chrystusa, staje się wewnętrznie rozbity. Szuka wtedy wielu dróg, którymi – i tu warto mocno to zaakacentować: SAM chciałby kroczyć. Nie wie, że te drogi często prowadzą do nikąd. Poszukiwanie siebie samego na własną rękę często prowadzi do egoizmu. Tymczasem my mamy współpracować z Bogiem, z sobą i drugim człowiekiem we wspólnocie, zwłaszcza tej najmniejszej, którą jest rodzina. Richard Paul Evans napisał o niej: „Rodzina jest dla człowieka niczym płótno dla artysty. Przelewamy na nie nasze najwspanialsze marzenia. Kreślimy je często w sposób niedoskonały i nieudolny, ale wszyscy jesteśmy przecież zaledwie amatorami w sztuce życia. Jeśli jednak nie skupiamy się na roztrząsaniu własnych pomyłek, z czasem powstają w ten sposób prawdziwe arcydzieła. Z czasem uczymy się także, że to nie piękno końcowego efektu godne jest najwyższej pochwały, lecz wysiłek, jaki wkłada się w jego malowanie”.

Tylko miłość Chrystusa, który ukochał „aż do końca” umierając na drzewie krzyża uzdalnia każdego z nas do miłowania drugiego człowieka. Tymczasem człowiek chce ten krzyż przekrślić, zapomnieć o nim, wyrzec się go. Jak to robi? Jest taka rosyjska legenda, która to obrazuje: gdy kiedyś dwóch takich grzeszników postanowiło się nawrócić, zwrócili się najpierw do pustelnika, który nałożył na nich surową pokutę – mieli pójść do Jerozolimy niosąc krzyże na ramionach. Ale po jakimś czasie te krzyże zaczęły im ciążyć i próbowali temu zaradzić przez jakieś przepiłowywanie, skracanie tych krzyży. W pewnym momencie na pustkowiu doszli do bardzo rwącego strumienia, przez który nie mogli się przedostać w bród i okazało się, że te krzyże, które w ich pierwotnym kształcie nadawałyby się jako pomost, po wszystkich tych przeróbkach, ułatwieniach – okazały się bezużyteczne i na tym pustkowiu biedacy pomarli.

Pan Jezus ostrzega nas, że w naszej decyzji, aby pójść za Nim, powinna być głęboka świadomość tego, co może nas czekać. Powiedział jasno: „Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14,33). Nigdy tego przed nami nie ukrywał, a to o czym mówił, zaświadczył i potwierdził następnie własnym życiem. Jednym z najważniejszych momentów naszego pójścia drogą za Jezusem to właśnie jest ten moment zgody na krzyż, czyli przekładając to na naszą codzienność: wzięcia wszystkich utrudnień, kłopotów i cierpień, które nas spotkykają, albo mogą spotkać przez to, że będziemy uczestniczyli w życiu innych ludzi.

Mamy mieć świadomość, że pójście za Jezusem ma w sobie wpisany krzyż, czyli cierpienie z miłości. Tylko taka decyzja, która ma świadomość w sobie obecności krzyża Pana Jezusa – tylko taka decyzja pójścia za Nim jest dojrzała i poważna i rokuje szansę na dojście do nieba. Kto próbuje iść naiwnie, nie wsłuchując się w Jego słowa, gdy wzywa do podjęcia własnego krzyża, ten po pewnym czasie upadnie; ten wycofa się i będzie jego stan być może nawet gorszy niż zanim się zdecydował wyruszyć za Panem.

Nicky Cruz, jeden z największych bandytów Nowego Yorku w końcu przebaczył swojej matce. Przyjął ten krzyż na własne ramiona i zaczął Go dzwigać. Nie było mu z tym łatwo, ale tylko ten, kto kocha Boga, potrafi przebaczyć i w ten sposób ubogacić siebie, a tym samym i innych ludzi. Oby była w nas tak wielka i silna miłość do Boga, który tylko tak może przemienić nasze życie na lepsze.

——————-

Łk 14, 25-33

Kto nie wyrzeka się wszystkiego, nie może być uczniem Jezusa

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On odwrócił się i rzekł do nich: «Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby położył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: „Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć”.

Albo jaki król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.

Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem».