Wyobraźmy sobie, że możemy dziś sporządzić listę osób, z którymi chcielibyśmy spotkać się w niebie. Zapewne szybko pojawiłyby się pierwsze imiona. Mama. Tata. Mąż. Żona. Dziecko. Przyjaciel, z którym rozmowa zawsze kończyła się za wcześnie. Babcia, do której domu chciałoby się jeszcze raz wejść. A teraz wyobraźmy sobie, że na tej liście ktoś dopisuje kolejne imię. Człowieka, który nas skrzywdził. Który oszukał, poniżył, zostawił. Kogoś, o kim nawet po latach trudno nam mówić spokojnie. Czy nadal chcielibyśmy wejść? To pytanie może zaboleć. Ale właśnie ono pomaga nam dzisiaj zobaczyć, jak wielkiej przemiany potrzebuje ludzkie serce, aby mogło przyjąć całą radość nieba. Bo niebo jest wspólnotą ludzi pojednanych z Bogiem i ze sobą. Każdy, kto do niego wchodzi, przychodzi dzięki miłosierdziu. Także my.
Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych obejmuje więc znacznie więcej niż naszą tęsknotę za najbliższymi. Modlimy się za tych, których kochaliśmy, ale również za tych, których kochać było trudno. Prosimy Boga o zbawienie ludzi, po których pozostało wiele dobra, i tych, po których trzeba było długo naprawiać szkody. Nie dlatego, że krzywda przestała mieć znaczenie. Dlatego, że wierzymy w Boga, który potrafi przemienić człowieka głębiej, niż my potrafimy go osądzić. Pomyślmy o takiej scenie…
Po śmierci starszego mężczyzny jego córka porządkowała mieszkanie. W szufladzie znalazła kopertę. W środku było kilka banknotów i kartka z nazwiskiem sąsiada. Ojciec od dawna z nim nie rozmawiał. Pokłócili się o pieniądze, potem padły słowa, których żaden nie chciał cofnąć. Na rodzinnych spotkaniach wystarczało wspomnieć sąsiada, żeby ojcu zmienił się głos. Na kartce córka przeczytała: „To dla niego. Powinienem był oddać wcześniej. Nie wiedziałem, jak zacząć rozmowę”. Poszła pod wskazany adres. Sąsiad długo patrzył na kopertę. Potem powiedział: „A ja tyle razy chciałem do niego zapukać. Tylko myślałem, że jeszcze zdążę”. Dwóch ludzi mieszkało przez lata za ścianą. Dzieliło ich kilka kroków i ogromna odległość, którą sami podtrzymywali.
Tak może wyglądać nasze życie. Nosimy w sobie niewypowiedziane przeprosiny, niewysłane listy, gotowość do zgody, której nigdy nie zamieniamy w czyn. Czekamy, aż druga strona zacznie. A czas upływa. Śmierć kończy możliwość wielu ziemskich rozmów. Nie dopiszemy już kolejnego wspólnego dnia. Nie cofniemy tego, co się wydarzyło. Dlatego dzisiejsza modlitwa za zmarłych jest także pytaniem o żywych: z kim jeszcze mogę porozmawiać, dopóki oboje mamy czas? Nie każda relacja da się odbudować. Są sytuacje, w których potrzebny jest dystans, ochrona przed dalszą krzywdą, uczciwe nazwanie zła. Przebaczenie nieraz dojrzewa bardzo długo. Można jednak zacząć od prośby: „Boże, pomóż mi nie żyć pragnieniem odwetu. Zajmij się nim. Zajmij się także tym, co poranione we mnie”.
W dzisiejszej Ewangelii Józef z Arymatei idzie do Piłata i prosi o ciało Jezusa. Zatrzymajmy się przy tym spotkaniu. Dobry i sprawiedliwy człowiek staje przed człowiekiem, który wydał niesprawiedliwy wyrok. Józef przychodzi po ciało niewinnego. Piłat może pozwolić mu je zabrać. W jednej scenie spotykają się dobroć, tchórzostwo, cierpienie i odpowiedzialność za cudzą śmierć. Tak wygląda nasz świat. Ludzkie losy są ze sobą splecione. Czyjeś decyzje stają się czyjąś raną. Czyjaś odwaga pozwala ocalić resztkę godności w sytuacji, w której inni ją podeptali. Józef nie naprawi wyroku. Nie odda Jezusowi odebranych godzin życia. Może jednak zrobić dobro, które w tej chwili jest możliwe. Idzie. Prosi. Zabiera ciało. Przygotowuje pogrzeb.
To ważna wskazówka również dla nas. Nie wszystko zdołamy naprawić, ale prawie zawsze pozostaje jakieś dobro do zrobienia. Za zmarłego można się modlić. Można wynagrodzić komuś wyrządzoną szkodę. Można przerwać rodzinny zwyczaj przekazywania urazy z pokolenia na pokolenie. Można powiedzieć własnym dzieciom: „Między nami wydarzyło się wiele trudnych rzeczy. Ale wy nie musicie dziedziczyć naszej nienawiści”.
Wyobraźmy sobie drugą scenę. Chłopiec poszedł z matką zamówić Mszę za zmarłego dziadka. Wiedział, że mama rzadko o nim mówiła. Pamiętał też jej smutek po niektórych rodzinnych spotkaniach. Kiedy wyszli z kancelarii, zapytał: „Mamo, dlaczego modlisz się za dziadka, skoro przez niego płakałaś?”. Matka zatrzymała się. „Właśnie dlatego. Chcę, żeby Bóg uleczył to, czego my nie umieliśmy uleczyć”. „A chciałabyś go jeszcze spotkać?”. Po chwili odpowiedziała: „Chciałabym go spotkać takiego, jaki będzie, kiedy pozwoli Bogu wszystko w sobie uporządkować. I sama też chciałabym już umieć kochać bez tego bólu”. W tych słowach jest miejsce zarówno na prawdę o krzywdzie, jak i na nadzieję. Bo jeśli mamy kiedyś spotkać się w Bogu, potrzebujemy czegoś więcej niż zapomnienia przykrych wydarzeń. Potrzebujemy uzdrowienia. Sprawca musi zobaczyć prawdę o złu, którego się dopuścił. Skrzywdzony potrzebuje uwolnienia od ciężaru, który tak długo nosił. Każdy z nas potrzebuje miłości zdolnej odsłonić to, co ukrywamy nawet przed sobą.
Kościół modli się za zmarłych, wierząc w oczyszczenie człowieka przed pełnym spotkaniem z Bogiem. W tej modlitwie prosimy o spełnienie najgłębszego ludzkiego pragnienia: aby móc kochać Boga całym sobą, bez oporu, bez zakłamania, bez grzechu. Taka przemiana może być bolesna. Już tutaj boli przyznanie: „To ja zawiniłem”. Boli zobaczenie łez, których wcześniej nie chcieliśmy zauważyć. Ale właśnie uznana prawda otwiera drogę do pojednania. Dlatego modlitwa za zmarłych jest wielkim dziełem miłości. Zawierzamy ich Bogu także tam, gdzie sami nie potrafimy już niczego zrozumieć ani rozwiązać.
Jest taka krótka przypowieść. Pewien człowiek marzył o uczcie w domu króla. Przez lata wyobrażał sobie jej smak, muzykę i światło w wielkiej sali. Wreszcie otrzymał zaproszenie. Gdy przybył, zobaczył przy stole kogoś, kogo od dawna nienawidził. Zatrzymał się w drzwiach. „Dla nas obu nie ma tu miejsca” powiedział. Król odpowiedział: „Stół jest wystarczająco duży”. „Ale ja nie potrafię obok niego usiąść”. Wtedy król podszedł do niego i powiedział: „Pozwól więc najpierw, że zajmę się twoim sercem”. Człowiek przybył przekonany, że potrzebuje jedynie miejsca przy stole. Dopiero na progu zrozumiał, że potrzebuje również przemiany.
Czasem wyobrażamy sobie niebo jako spełnienie wszystkich naszych ziemskich życzeń. Tymczasem nie każde nasze życzenie nadaje się do wieczności. Bywa w nas pragnienie, żeby ktoś został zawstydzony, żeby wreszcie przegrał, żeby zobaczył, iż mieliśmy rację. Bóg obiecuje nam szczęście większe od tych małych zwycięstw. Chce uwolnić nas również od potrzeby oglądania cudzej porażki. Jak to uczyni? Nie potrafimy opisać tajemnicy przyszłego życia. Możemy jednak patrzeć na Jezusa. Umierając, mówi: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Całe swoje życie, całe cierpienie i swoją śmierć oddaje Ojcu. W te same ręce możemy powierzyć zmarłych. Także tych, wobec których nasze uczucia pozostają trudne i splątane. A potem przychodzi poranek. Kobiety zastają odsunięty kamień i słyszą, że Jezus zmartwychwstał. To wydarzenie zmienia perspektywę naszego umierania. Ziemskie życie rzeczywiście się kończy. Nie mamy nad nim pełnej władzy. Jesteśmy śmiertelni i każdy z nas przejdzie przez tę granicę. Ale Chrystus otworzył przed nami przyszłość w Bogu. Śmierć nie zamknęła Jego historii. Dzięki Niemu również nasza historia zmierza ku zmartwychwstaniu.
Dlatego dzisiaj modlimy się z nadzieją na spotkanie. Z tymi, za którymi tęsknimy. Z tymi, którym jesteśmy coś winni. Także z tymi, wobec których dopiero uczymy się wypowiadać słowa modlitwy. Jeżeli trudno nam prosić za kogoś, kto wyrządził nam zło, możemy zacząć bardzo uczciwie: „Panie, Ty wiesz, co się wydarzyło. Ja jeszcze nie umiem o tym spokojnie myśleć. Powierzam Ci tego człowieka. Sprawiedliwie go osądź, oczyść i zbaw. A mnie pomóż odzyskać pokój”. Nie musimy udawać uczuć, których w nas nie ma. Możemy pozwolić Bogu rozpocząć pracę tam, gdzie sami utknęliśmy.
Dzień Zaduszny przypomina, że idziemy ku spotkaniu z Bogiem. A im bliżej Niego będziemy, tym wyraźniej zobaczymy wartość każdego człowieka. Obyśmy wtedy mogli spojrzeć na siebie bez lęku i bez wrogości. Oby to, co dzisiaj wydaje się niemożliwe do pojednania, zostało uzdrowione Jego miłosierdziem.
Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci.
Wersja dłuższa
Łk 23, 44-46.50.52-53; 24, 1-6a)
Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego
Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: «Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego». Po tych słowach wyzionął ducha.
A był tam człowiek dobry i sprawiedliwy, imieniem Józef, członek Rady. On to udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie wykutym w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany.
W pierwszy dzień tygodnia niewiasty poszły skoro świt do grobu, niosąc przygotowane wonności. Kamień zastały odsunięty od grobu. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa. Gdy wobec tego były bezradne, nagle stanęło przed nimi dwóch mężów w lśniących szatach. Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: «Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał».
Wersja krótsza
Łk 23, 44-46. 50. 52-53
Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: «Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego». Po tych słowach wyzionął ducha.
A był tam człowiek dobry i sprawiedliwy, imieniem Józef, członek Rady. On to udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie wykutym w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany.









