Wszystkich wiernych zmarłych, Co po nas zostanie?, Łk 23, 44-46.50.52-53; 24, 1-6a

Total
0
Shares

Na pogrzebie bardzo bogatego człowieka było wiele przemówień, westchnień i łez. Wśród żałobników szczególnie wyróżniał się pewien mężczyzna. Płakał tak głośno, że po zakończeniu uroczystości ksiądz podszedł do niego i zapytał: „Czy jest pan krewnym zmarłego?”. „Nie”. „To dlaczego pan tak płacze?”. „Właśnie dlatego!”. Uśmiechamy się, bo rozumiemy, czego żałował. Nie znalazł się w rodzinie, więc zapewne nie znalazł się również w testamencie. 

Ten żart stawia jednak całkiem poważne pytanie: czego zabraknie innym, kiedy nas zabraknie?Pieniędzy, które przynosiliśmy do domu? Pomocy, którą służyliśmy? A może cierpliwości, dobrego słowa, poczucia humoru? Czy ktoś zatęskni za rozmową z nami? Czy komuś będzie brakowało naszego sposobu patrzenia na świat?

Julianowi Tuwimowi przypisuje się zdanie: „Żyj tak, aby twoim znajomym zrobiło się nudno, kiedy umrzesz…”. Jest w tych słowach uśmiech, ale jest też bardzo ludzka prawda. Można pozostawić po sobie dom pełen przedmiotów, a można pozostawić ludzi, którzy powiedzą: „Odkąd go nie ma, jakoś ciszej przy naszym stole. Odkąd jej zabrakło, nie ma kto zadzwonić i zapytać, jak minął dzień”.

Dzisiaj wspominamy właśnie takich ludzi. Bliskich, których obecność tak mocno wrosła w nasze życie, że dopiero po ich śmierci odkryliśmy, ile miejsca zajmowali. Nieraz najbardziej tęsknimy za czymś zupełnie zwyczajnym. Za odgłosem klucza w drzwiach. Za głosem dochodzącym z kuchni. Za pytaniem, które kiedyś nawet trochę nas drażniło: „A kiedy znowu przyjedziesz?”. Dzisiaj dalibyśmy wiele, żeby usłyszeć je jeszcze raz.

Pomyślmy o takiej scenie. Po śmierci matki rodzeństwo porządkuje jej mieszkanie. Trzeba zdecydować, co zachować, co oddać, a co wyrzucić. Na stole leżą dokumenty, zdjęcia, biżuteria. W pewnej chwili dorosły syn wyciąga z szafki stary, wyszczerbiony kubek. „Ten zabieram” mówi. Siostra patrzy zdziwiona: „Przecież możesz sobie kupić nowy”. „Mogę. Ale w tym mama zawsze robiła mi herbatę, kiedy przyjeżdżałem”. Kubek nie miał prawie żadnej wartości. A jednak mieściło się w nim coś, czego nie można było kupić: pamięć o tym, że ktoś czekał.

Tak wygląda prawdziwe dziedzictwo człowieka. Czasem mieści się w starym kubku, w przepisie zapisanym ręcznie, w zdaniu powtarzanym przez całe życie. Przedmioty nabierają znaczenia, bo przypominają nam czyjąś miłość. Dlatego idziemy na cmentarz. Pochylamy się nad mogiłami, przynosimy kwiaty, zapalamy znicze. Chcemy powiedzieć: „Pamiętam. Twoje życie nadal jest dla mnie ważne”. To potrzebne gesty. Człowiek potrzebuje miejsca, w którym może się zatrzymać ze swoją tęsknotą. Potrzebuje chwili, kiedy nie musi się spieszyć i może pozwolić sobie na łzy. Ale dzisiaj przynosimy naszym zmarłym również dar modlitwy.

Modlitwa za żywych i umarłych jest uczynkiem miłosierdzia co do duszy. Kiedy ktoś żyje, możemy zawieźć go do lekarza, zrobić zakupy, odwiedzić w samotności. Po jego śmierci nasza troska przyjmuje inną postać. Prosimy Boga: „Przebacz mu grzechy. Oczyść to, co wymaga oczyszczenia. Przyjmij go do siebie”. Miłość szuka dobra ukochanej osoby. Dlatego nie zatrzymuje się na wspomnieniu tego, co było. Modli się o jej wieczne szczęście. Na cmentarzu można więc wypowiedzieć bardzo proste słowa: „Panie Boże, dziękuję Ci za moją mamę. Ty znasz całe jej życie. Wszystko, co było w nim piękne, i wszystko, co było trudne. Otocz ją swoim miłosierdziem”. Albo: „Panie, z moim ojcem nie zawsze umieliśmy się porozumieć. Tyle spraw zostało między nami niedokończonych. Oddaję Ci go z tym wszystkim. Daj mu pokój”. Taka modlitwa jest darem. Także wtedy, gdy wypowiadamy ją nieporadnie.

W dzisiejszej Ewangelii spotykamy Józefa z Arymatei. Święty Łukasz mówi o nim, że był człowiekiem dobrym i sprawiedliwym. To on prosi o ciało Jezusa, zdejmuje je z krzyża, owija w płótno i składa w grobie. Józef potrafił uszanować człowieka, któremu inni odebrali wszystko. Otoczył troską ciało Jezusa, poranione i bezbronne. Jego postawa pomaga zrozumieć sens naszej obecności przy grobach. Dbając o miejsce pochówku, wyrażamy szacunek dla konkretnego życia. Dla rąk, które pracowały. Dla nóg, które chodziły do pracy, do kościoła, po dzieci. Dla twarzy, która uśmiechała się do nas przez tyle lat. Ten człowiek był kimś. Miał imię. Kochał, trudził się, popełniał błędy, próbował zaczynać od nowa. Jego życie nie staje się bezwartościowe dlatego, że dobiegło końca. A przecież przy grobach rodzi się też pytanie o nasze własne życie.

My również kiedyś odejdziemy. Kalendarz będzie miał jeszcze wolne kartki. Zostaną jakieś plany, odłożone sprawy, ubrania w szafie. Świat będzie żył dalej. Trudno przyjąć tę myśl, bo zwykle czujemy się bardzo potrzebni. Nieraz biegamy od rana do wieczora z przekonaniem, że bez nas wszystko się rozsypie. A Dzień Zaduszny delikatnie przywraca nam właściwą miarę. Nie jesteśmy tu na zawsze. Właśnie dlatego warto zastanowić się, czemu oddajemy nasze dni. Czy człowiek, dla którego tak ciężko pracujemy, ma jeszcze okazję z nami porozmawiać? Czy wśród wielu obowiązków znajdujemy czas, żeby usiąść obok chorej żony, wysłuchać dziecka, odwiedzić starszego sąsiada? Można troszczyć się o przyszłość rodziny tak gorliwie, że zabraknie nas w jej teraźniejszości. Można zgromadzić wiele rzeczy i przeoczyć człowieka, który czekał tuż obok. 

Jest taka krótka przypowieść. Pewien gospodarz postanowił postawić przed domem ławkę. Sąsiad zapytał go: „Po co ci ona? Mógłbyś w tym miejscu posadzić coś pożytecznego”. Gospodarz odpowiedział: „Zobaczymy, co z niej wyrośnie”. Najpierw siadała na niej żona, kiedy wracała zmęczona z ogrodu. Potem przysiadał sąsiad. Dzieci przychodziły posłuchać opowieści. Ktoś zatrzymywał się w drodze ze sklepu. Niekiedy rozmowa trwała dziesięć minut, a niekiedy do wieczora. Po latach gospodarz umarł. Ludzie wracający z pogrzebu zatrzymali się przed jego domem. „I co wyrosło z tej ławki?” zapytał cicho sąsiad. Żona odpowiedziała: „Tylu ludzi, którzy mają co wspominać”.

Nie każdy z nas dokona rzeczy, o których będą pisały gazety. Każdy jednak może zrobić w swoim życiu miejsce dla drugiego człowieka. Czasem wystarczy krzesło, filiżanka herbaty i gotowość, żeby przez chwilę naprawdę słuchać. To dobro zostaje w ludziach. Jednak nasza nadzieja wobec śmierci sięga dalej niż dobra pamięć. Pamięć ludzka jest cenna, ale z czasem słabnie. Przychodzą następne pokolenia, zacierają się twarze na fotografiach, ktoś nie potrafi już powiedzieć, kogo przedstawiają. Gdyby nasze dalsze istnienie zależało wyłącznie od tego, czy ktoś nas wspomina, byłaby to bardzo krucha nadzieja. Dlatego dzisiejsza Ewangelia prowadzi nas aż do pustego grobu. Kobiety przychodzą, by zatroszczyć się o ciało Jezusa. Słyszą jednak: „Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał”.

Chrystus żyje. W Nim pokładamy nadzieję dla naszych zmarłych i dla siebie. Wierzymy, że ziemska śmierć, choć tak bolesna, otwiera drogę ku życiu w Bogu, a jej ostateczną odpowiedzią będzie zmartwychwstanie. Nie znamy wszystkich szczegółów tej przyszłości. Znamy Jezusa, który przeszedł przez śmierć i powierzył się Ojcu. Możemy Mu zaufać.

Dzisiaj więc, gdy zapalimy znicz, zatrzymajmy się choć na chwilę. Wspomnijmy dobro, które otrzymaliśmy od zmarłych. Podziękujmy za nie Bogu. Poprośmy dla nich o miłosierdzie i życie wieczne. A wracając do domu, zabierzmy ze sobą jedno postanowienie: będę bardziej obecny przy tych, których jeszcze mogę spotkać. Może trzeba zadzwonić. Może odwiedzić. Może wreszcie usiąść i wysłuchać do końca. Żeby kiedyś ktoś mógł powiedzieć o nas z czułym uśmiechem: „Dużo się działo, kiedy był z nami”. I żeby to, co działo się dzięki naszej obecności, było dobrem.

Wersja dłuższa

Łk 23, 44-46.50.52-53; 24, 1-6a)

Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego

Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: «Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego». Po tych słowach wyzionął ducha.

A był tam człowiek dobry i sprawiedliwy, imieniem Józef, członek Rady. On to udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie wykutym w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany.

W pierwszy dzień tygodnia niewiasty poszły skoro świt do grobu, niosąc przygotowane wonności. Kamień zastały odsunięty od grobu. A skoro weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa. Gdy wobec tego były bezradne, nagle stanęło przed nimi dwóch mężów w lśniących szatach. Przestraszone, pochyliły twarze ku ziemi, lecz tamci rzekli do nich: «Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał».

Wersja krótsza

Łk 23, 44-46. 50. 52-53

Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: «Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego». Po tych słowach wyzionął ducha.

A był tam człowiek dobry i sprawiedliwy, imieniem Józef, członek Rady. On to udał się do Piłata i poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża, owinął w płótno i złożył w grobie wykutym w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany.

Total
0
Shares
(fot. Alan English CPA / flickr.com / CC BY-NC 2.0)

Wszystkich wiernych zmarłych, Spotkanie po drugiej stronie, Łk 23, 44-46.50.52-53; 24, 1-6a

Wyobraźmy sobie, że możemy dziś sporządzić listę osób, z którymi chcielibyśmy spotkać się w niebie. Zapewne szybko pojawiłyby…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Może spodoba Ci się też...